Kolorowy napis z ideogramami: Świat Nei Jia

NR 21 (GRUDZIEŃ 2001)


Spis treści:

Powrót do strony głównej.


Wstęp

Witam w grudniowym wydaniu magazynu "Świat Nei Jia".
Chciałbym Wszystkim odwiedzającym mój internetowy serwis życzyć w nadchodzącym Nowym 2002 Roku zdrowia, spełnienia wszystkich marzeń, dużo optymizmu, siły i wytrwałości w realizacji wszystkich planów i zamierzeń oraz takiego praktykowania sztuk walki, aby przynosiły one także spokój i pomagały w rozwiązywaniu nawet najtrudniejszych problemów dnia codziennego.

Osoby, które postanowiły zrobić "coś nowego" w Nowym Roku, a nie wiedzą jeszcze, co to dokładnie ma być :), zapraszam na internetowe strony różnych oraganizacji sztuk walki, gdzie można zawsze znaleźć aktualne informacje o różnego rodzaju treningach.

Życzę miłej i owocnej lektury magazynu.

Tomasz Grycan

Powrót do spisu treści


Chen Taijiquan

XINJIA - NOWA FORMA STYLU CHEN TAIJIQUAN
Jarosław Jodzis

jarek@chentaiji.pl
World Chen Taiji Asscociation - Poland

Twórcą formy xinjia yilu i erlu czyli tzw. nowej formy i jej dynamicznej części paochui tradycyjnego stylu chen taijiquan był słynny Mistrz Chen Fake (1887- 1957). Żeby zrozumieć jak do tego doszło, skąd wzięła się jego inspiracja do opracowania nowej formy cofnijmy się do początku XX wieku, przełomu lat ok. 1900 -01. Młody Chen Fake miał ok. 13 lat i był słabym, chorowitym chłopcem. Były to ciężkie czasy dla rodziny Chen. Dostępność broni palnej pozbawiła ich głównego źródła dochodów jakim było konwojowanie i ochrona karawan kupieckich. Rozwijające się inne style taijiquan, szczególnie posiadającej duże wpływy wśród arystokracji rodziny Yang, oraz Wu powodowały że styl chen był prawie nieznany poza rodzinną wioską Chenjiagou. Młody Fake cierpiał też na specyficzną chorobę powodującą wzdęcie żołądka. Słaby i z wydętym przez chorobę brzuchem, nie miał zapału do ciężkiego treningu. Jego rówieśnicy, bratankowie i kuzyni byli dużo mocniejsi od niego i z zapałem praktykowali rodzinny styl walki. Szczególnie wyróżniał się jeden z nich mający przydomek Byk z racji swojej masy i siły, który w sparingach rozkładał nawet dużo starszych od niego chłopców. Którejś nocy Chen Fake usłyszał rozmowę swego ojca z innymi członkami rodziny. Ojciec martwił się, że oto po raz pierwszy od 16 pokoleń rodzinny przekaz zostanie chyba przerwany z powodu braku godnego następcy, ponieważ słaby i chorowity syn nie rokował zbyt dużych nadziei na przyszłość. W rozmowach ze starszymi rodu, próbowano określić kto mógłby godnie podtrzymać rodzinny przekaz, ale nie było nikogo o takich cechach charakteru, które dawałyby nadzieję na właściwą kontynuację tradycji. Wszystko to bardzo martwiło rodzinę Chen.

Musimy zdać sobie sprawę z wagi jaką Chińczycy przywiązują do rodzinnego przekazu i kontynuacji tradycji. Dla nich sztuka walki była rodzinnym skarbem przekazywanym z ojca na syna od 16 pokoleń i wielu niezwykłych mistrzów zapisało się w historii, dzięki swoim nadzwyczajnym umiejętnościom. Teraz zanosiło się na to, że to wszystko powoli upadnie. Możemy sobie wyobrazić uczucia jakie targały młodym chłopcem gdy tego słuchał. Dorobek wielu pokoleń, duma rodziny jaką była ich rodowa sztuka walki, to wszystko może skończyć się, ponieważ on był zbyt słaby żeby godnie przekazać wiedzę przodków następnym pokoleniom. Jaka odpowiedzialność, co za presja. To co nastąpiło potem pokazało wielki charakter młodego Chen Fake. Był to przełomowy moment, jeśli załamałby się i poddał słabości i niemocy prawdopodobnie chen taijiquan podzieliłby los wielu innych stylów, które zaginęły nie znajdując godnych kontynuatorów.

Wszyscy praktykujący dziś ten styl powinni z wdzięcznością skłonić głowę przed wyzwaniem jakie podjął wówczas Chen Fake. Rozpoczął ciężki trening. Inni też ćwiczyli ciężko, trudno było nadrobić stracony czas. Przypadek jaki wydarzył się niedługo po tej przełomowej nocy, natchnął go do nowych działań. Pewnego ranka po rannym treningu wybrali się z grupą rówieśników na dość odległe pole gdzie mieli pracować. Dopiero po dłuższej chwili zorientowano się że nikt nie wziął nic do picia, a dzień był bardzo gorący. Wysłano więc Fake żeby wrócił do domu i przyniósł parę melonów. Nie bardzo miał ochotę na dodatkową drogę, ale cóż miał robić, był najsłabszy ze wszystkich i nie protestował. Pobiegł szybko z powrotem wziął pod pachę dwa duże arbuzy i biegnąc gonił znikającą w oddali grupę. Gdy już ich prawie doganiał olśniło go, wyruszyli wszyscy razem, on musiał wrócić prawie w połowie drogi, teraz z ciężkimi arbuzami dogania idącą ciągle grupę. Z treningiem było tak samo, z powodu choroby został w tyle, żeby dogonić najlepszych musi biec, czyli ćwiczyć więcej niż inni, ale jak to zrobić, gdy pozostali uświadomią sobie, że on biegnie, też zaczną biec, wśród chłopców była ostra rywalizacja o prymat najlepszego, musi więc biec tak, żeby inni nie zauważyli, wtedy ma szansę ich dogonić, tak jak teraz z arbuzami. Zanim zrównał się z resztą, miał już gotowy plan. Od tej pory zaczęły się dla niego ciężkie dni i noce. W ciągu dnia pracował i ćwiczył razem z innymi, nocami zaś po kryjomu wstawał i urządzał sobie dodatkowy trening. Wstawał też gdy wszyscy jeszcze spali i przed świtem zaliczał kolejne dwie godziny treningu. Żeby budzić się w nocy i przed świtem przywiązywał sobie sznurek do nogi i podpalał go, tliło się to niegroźnie jak kadzidło i dochodząc do stopy budziło go lekko parząc. Nie było w tych czasach budzików. Jak głęboko musiał wziąć do serca usłyszane słowa ojca.

Po trzech latach takiego treningu jego choroba zniknęła całkowicie, nabrał sił i uczynił znaczne postępy. Ćwicząc w ten sposób wykonywał po kilkadziesiąt powtórzeń długiej formy laojia, przeciętnie było to 40 powtórzeń dziennie, chociaż zdarzało mu się wykonać i sto powtórzeń jednego dnia (i pewnie części nocy), Zaczął też ćwiczyć siłę tali i nadgarstków potrząsając długim drewnianym drągiem. W chen taijiquan jest 16 ruchowa forma wykorzystująca ten przyrząd. Wykonywał przeciętnie po 300 potrząsań tym dość ciężkim, blisko 4 metrowym kijem. Ci którzy znają formę laojia zdają sobie sprawę z ogromu pracy jaką wykonywał młody Chen Fake. Spokojne wykonanie całej formy zajmuje przeciętnie ok. 15 min. Po pewnym czasie krążąca energia Qi dosłownie go roznosiła i całą formę wykonywał dużo szybciej. Musimy być tu ostrożni, nie można przyspieszać krążenia Qi na siłę, krążenie powinno nastąpić samoistnie i następuje po pewnym czasie wytrwałego treningu.

Gdy skończył 17 lat czuł, że może zmierzyć się z najlepszymi (choć wszyscy zauważyli zmiany jakie w nim zaszły, nikt nie zdawał sobie sprawy z jego nocnych treningów). Pewnego dnia poprosił o sparing najmocniejszego, zwanego Bykiem. Ten, pamiętając jak jeszcze niedawno był to słaby i chorowity chłopiec, nadal traktował go z góry, trudno zmienić raz przyjęte o kimś wyobrażenie, odmówił więc, obawiając się, że może zrobić mu krzywdę, jego przeciwnicy wylatywali daleko po dynamicznych pchnięciach i co słabsi z trudem się podnosili. Jednak Chen Fake nalegał. "W porządku", zgodził się Byk, "tylko żebyś potem nie miał pretensji". Skrzyżowali dłonie do tui shou. Po pierwszej próbie pchnięcia, Byk odleciał odrzucony daleko błyskawiczną ripostą Fake. Z niedowierzaniem spróbował jeszcze raz, ale skończyło się tak samo. Ciało Chen Fake było jak podłączone do prądu wysokiego napięcia, każdy kontakt kończył się wyładowaniem i przeciwnik lądował na ziemi. W końcu Byk zrozumiał, że nie ma szans i zrezygnował. Wieść o potyczce bardzo szybko rozeszła się po całej okolicy. Ciężki trening przyniósł efekty, osiągnął mistrzowski poziom. Oczywiście do pełnego mistrzostwa brakowało jeszcze co nieco, ale teraz było już łatwiej. W dalszym ciągu kontynuował ciężki trening, utrzymując ilość wykonywanych powtórzeń każdego dnia.

Po dalszych kilku latach takiego treningu praktykowana przez niego forma laojia zaczęła zmieniać swój charakter, krążąca energia powodowała, że jego ruchy były bardzo szybkie, w wielu miejscach pojawiły się przeskoki, dynamiczne wyzwolenia siły tzw. fajin, wiele miejsc wzbogaciło się o dodatkowe elementy. Analizując i świadomie rozwijając nowe ruchy, stworzył w końcu formę nazwaną xinjia - nowy styl, dla odróżnienia od poprzedniej nazywanej odtąd laojia - stary styl. W toku dalszej pracy z szybszym i bardziej złożonym krążeniem qi przerobił jeszcze drugą formę starego stylu, tworząc xinjia erlu inaczej xinjia paochui, najtrudniejszą i najbardziej rozbudowaną energetycznie formę chen taijiquqn. W 1928 r. na zaproszenie swego bratanka Chen Zhaopei (1893-1972) przybył do Pekinu. Miał wówczas 41 lat i był uznanym mistrzem. Największą sławę zdobył jednak w Pekinie staczając wiele pojedynków z tamtejszymi mistrzami innych stylów walki nie znajdując sobie równych. Dodatkowym uznaniem otaczano go za jego niezwykłe cechy charakteru, łagodność, uprzejmość, brak jakiejkolwiek chęci poniżania kogokolwiek. We wszystkich swoich potyczkach nie skrzywdził poważnie żadnego z oponentów. Owszem zdarzało się że przeciwnicy wylatywali razem z futryną w drzwiach lub spływali po ścianie, ale szybko dochodzili do siebie, nie mając poważnych obrażeń. Zwykle kończyło się prośbą o przyjęcie na ucznia, którą Mistrz przyjmował.

Chen Fake nie wrócił już do wioski Chenjiagou, do śmierci mieszkał i nauczał w Pekinie. Miał bardzo wielu uczniów, wielu było wybitnymi mistrzami w innych sztukach walki. Nauczał głównie nowego stylu xinjia i pomny swoich doświadczeń zachęcał do eksperymentów i szukania własnej drogi. Po jego śmierci powstało sporo odmian i wariacji formy xinjia zmieszanej z xinjia paochui. To co obecnie dla wielu osób w Chinach, kojarzy się ze stylem chen to właśnie te odmiany formy xinjia. Jak już wspomniałem wcześniej nowy styl jest trudny, bez solidnych podstaw czyli umiejętności krążenia qi, nie sposób wyrazić w pełni jego bogactwa. Wiele osób naśladując zewnętrzne ruchy przesadnie kołysze biodrami i ramionami przerywając połączenie z dantian. Wiąże się to z nieznajomością zasad chansijing. Może było to zamierzone działanie Chen Fake zachowujące podstawy systemu w rodzinie. Stary styl i tradycyjny przekaz zawierający podstawy chansijing (spiralnej energii jedwabnego kokonu) praktycznie nie jest spotykany poza Chenjiagou i okolicą. Mamy wielkie szczęście, że Wielki Mistrz Chenxiaowang, wnuk Chen Fake, zdecydował się nauczać poza granicami Chin i pomyślne okoliczności sprowadziły go też do Polski. Historia rozwoju niezwykłych umiejętności Chen Fake uświadamia nam, że nikt nie rodzi się mistrzem, najważniejsza jest praca i inspiracja do ciężkiego treningu, ale i to nie wystarczy. Jeśli nie znamy zasad krążenia qi, utkniemy na pewnym poziomie treningu nie osiągając niczego. Potrzebna jest współpraca z kompetentnym Mistrzem, których nie ma wielu. Na szczęście Mistrz Chen Xiaowang jest jednym z najlepszych, więc droga otwarta, kto ma zapał i otwarty umysł niech korzysta.

Historia ta została przekazana przez Mistrza Chen Xiaowanga i stała się dla mnie wielką inspiracją do wytrwałego treningu.

Powrót do spisu treści


Chen Taijiquan

WIOSKA CHEN TAIJI POD WPŁYWEM CHEN XIAOXINGA

Autor: Stephan Berwick, przy tłumaczeniu z chińskiego pomagali Chen Pengfei i Ren Guanyi
Artykuł został opublikowany w "Journal of Asian Martial Arts" (vol.10, No. 2, 2001).

Tłumaczenie: Konrad Dynarowicz

Materiał udostępniony przez "World Chen Taiji Association - Poland".

WPROWADZENIE

Młodzież ćwicząca w Akademii Treningowej Chenjiagou (wioski rodziny Chen) rozpoczyna zazwyczaj dzień od śniadania w "starym stylu" składającego się z lekkiej zupy mięsnej, warzyw i bułeczek na parze. Dla tych ciężko trenujących sztukę walki, te duże czarki zupy są czymś więcej aniżeli tylko zupą, są również przypomnieniem ducha treningów w dawnej wiosce Chenów. W wiosce spadkobierców starożytnych wojowników zupa ta niesie ze sobą powiedzenie: "Jeśli pijesz wodę w Chenjiagou, będziesz bardzo dobrze kopał". A więc to śniadanie jest tradycją przypominającą co wzmacniało dawnych praktyków sztuk walki ze znanej wszystkim rodziny Chen.

Ci, którzy po raz pierwszy odwiedzają Chenjiagou odczuwają w niej ducha rodziny jak i sztuki walki, wrażenia, którego nie znajdzie się nigdzie indziej. Zarówno domy w wiosce jak i jej drogi pozostały niezmienione od czasów, kiedy pierwsi Chenowie osiedlili się w tym wąwozie w pobliżu Żółtej Rzeki (a było to dziewięć pokoleń temu). Chenjiagou zachowała wiejski charakter a także rzadką czystość rodzinnej sztuki walki. Dlatego też to co w innych miejscach świata chińskich sztuk walki jest tylko wspomnieniem, w wiosce rodziny Chen żywo istniejącą tradycją.

Tak jak wszystkie tradycje, przyswojenie sobie tradycji sztuk walki wymaga wykonania jednego kroku wstecz. Choć o wiele łatwiej znaleźć człowieka będącego nosicielem tradycji nauczania sztuk walki, który jest prawdziwym mistrzem, to możliwość uczenia się u niego przez dłuższy okres czasu nadal nie jest rzeczą łatwą. W czasach wyrafinowanych technologii, ekonomicznych możliwości i broni palnej, spotkanie dobrego nauczyciela jest często niemożliwe dla osób zainteresowanych sztukami walki. Zdarza się , że współcześni entuzjaści tradycyjnych sztuk walki starają się znaleźć istniejącą od pokoleń tradycyjną linię przekazu. Poszukując ludzi przekazujących dojrzałą tradycję, starają się znaleźć takich, którzy mają dostęp do źródła sztuki albo do niego zdążają, jeśli oczywiście takie źródło istnieje.

Czy to dzięki zbiegowi okoliczności czy też celowemu działaniu miejsce narodzin Taijiquan pozostało nietknięte. Chenjiagou, to wioska o ponad 400-to letniej historii w której mieszka rodzina Chen. Mieści się ona w okręgu Wen w prowincji Henan w Chinach. Jest to jedno z nielicznych miejsc na świecie gdzie przetrwała w stanie czystym jedna z najstarszych, wyjątkowo ważnych i wpływowych tradycji sztuk walki. Choć niektórzy badacze historii sztuk walki kwestionują Chenjiagou jako źródło pochodzenia Taiji, wskazując na brak wcześniejszych tekstów pochodzących z wioski rodziny Chen, to dojrzałość i głębokość tego systemu sugeruje co innego (Wile, 1996:117).

Każdy zwykły dzień w Chenjiagou toczy się wokół uprawy roli i sztuk walki. Sztukę walki ćwiczy się wszędzie: na polach, w domach i w szkole znajdującej się we wsi. W związku z tym szkoła stała się centrum treningowym sztuk walki.

U szczytu swojej trenerskiej kariery, Chen Zhaopei, spadkobierca i mistrz w osiemnastym pokoleniu rodziny Chen, zorganizował treningi dla mieszkańców wioski poza ich domami. Dzięki takiej promocji sztuk walki i zmianie organizacji i nauczania powstała w pewnym momencie formalna Akademia Treningowa w Chenjiagou. Zbudowano ją w 1982 roku. Uczniowie mogą w niej nocować i uczyć się przez całą dobę. Akademia ma więc swoje korzenie w ideach Chen Zhaopei. Praktycy z dziewiętnastego pokolenia rodziny Chen pamiętają Chen Zhaopei jako mistrza odpowiedzialnego za odnowienie praktyki Taiji w wiosce pomimo częstych zawirowań w politycznej i społecznej historii Chin dwudziestego wieku (Rich, 2000).

MISTRZ PRZEKAZUJĄCY STANDART WYKONANIA CHEN TAIJIQUAN

Chen Zhaopei stworzył nowy standard przewodzenia innym wśród współczesnych mistrzów z Chenjiagou. Na prośbę Chen Zhaopei, syn Chen Fake, Chen Zhaokui, powrócił do wioski. Miał on za zadanie trenować najlepszych młodych mistrzów z dziewiętnastego pokolenia, by ci przekazywali dalej rodzinną sztukę walki. W tej małej grupie prowadzonej przez Chen Zhaokui najmłodszym uczniem był Chen Xiaoxing. Dzięki inspiracji Chen Zhaopei oraz nieustannej pomocy i nauczaniu przez starszego brata, Chen Xiaowanga (który był protegowanym Chen Zhaokui a obecnie jest spadkobiercą tradycji stylu przekazującym standard wykonania Chen Taijiquan w dziewiętnastym pokoleniu) mógł przygotować się do roli głównego nauczyciela w wiosce rodziny Chen.

Jako główny nauczyciel sztuk walki w Chenjiagou, Chen Xiaoxing jest nie tylko jednym ze starszych mistrzów w wiosce ale również i przywódcą społeczności słuchanym przez współziomków. W trakcie swoich spotkań, zarówno porannych jak i popołudniowych z Wielkim Mistrzem, autor tego artykułu był świadkiem z jakim respektem i szacunkiem odnoszono się do Mistrza. Mieszkańcy wioski rozmawiając z nim tytułują go shifu (nauczyciel) albo laoshi (starszy nauczyciel).

Jego poranne zajęcia rozpoczynają się od załatwiania spraw dotyczących Akademii oraz nauczania. Dość często kończy dzień przy partyjce mahjonga ze starszymi mieszkańcami wioski, a odbywa się to zazwyczaj na podwórku, które jest dawną salą treningową na której Wielki Mistrz czternastego pokolenia i kompilator form Starego Stylu (Lao Jia), Chen Changxing, nauczał Yang Luchana.

W okresie dominacji tak uznanych mistrzów, jak znany na całym świecie starszy brat Xiaoxinga, Chen Xiaowang, wpływ Chen Xiaoxinga na wioskę i nauczanie Chen Taijiquan jest rzeczą wyjątkową. Mistrz Chen Xiaowang wykonuje ogromną pracę starając się rozpropagować rodzinną sztukę walki, nauczając jej na licznych seminariach na całym świecie. Z tego punktu widzenia jego starszy brat dokonał wiele by rozpropagować autentyczny styl Chen Taijiquan. Natomiast Chen Xiaoxing wybrał inną, bardziej tradycyjną drogę przekazywania najwyższych poziomów umiejętności stylu Chen Taijiquan.

Kontynuowanie tradycji rozwoju najwyższych poziomów umiejętności polega na poznawaniu słynnych koncepcji Chen Taiji, a szczególnie treningu energii jedwabnego kokonu (chansijin) i praktycznego stosowania teorii yin-yang. Chen Xiaoxing mówi: "Moją inspiracją do przekazywania sztuki walki na najwyższym poziomie jest mój brat". Chen Xiaoxing nie tylko prowadzi szkołę sztuk walki w wiosce ale również opiekuje się następnym pokoleniem mistrzów Chen Taiji, a szczególnie swoim bratankiem Chen Pengfei, najmłodszym synem Chen Xiaowanga i nadzieją rodziny.

Tak jak i jego przodek, Chen Zhaopei, Chen Xiaoxing naucza inspirując zarówno ćwiczących mieszkańców wioski jak i przybyszów z zagranicy. Chen Xiaoxing podkreśla, że "jestem zobligowany do pozostania w mojej rodzinnej wiosce by nauczać i przekazywać następnym pokoleniom sztukę walki na najwyższym poziomie". To zobowiązanie do nauczania w rodzinnej wiosce jest przykładem jak u źródła sztuki walki rodziny Chen zachowywana jest tradycja.

STAWANIE SIĘ MISTRZEM TRADYCYJNYCH SZTUK WALKI

Chen Xiaoxing, który urodził się w 1952 roku jest nie tylko jednym z prawdziwych współczesnych mistrzów Taiji, którzy uczyli się u najlepszych mistrzów będących legendami stylu Chen Taijiquan. Mam tu na myśli Chen Xiaowanga, Chen Zhaopei u wujka Chen Xiaowanga, Chen Zhaokui. Trening sztuk walki Chen Xiaoxinga odzwierciedla stare powiedzenie z wioski rodziny Chen: "W wiosce rodziny Chen zanim będziesz we dwoje, możesz wykonywać technikę Diamentowego Tłuczka" (klasyczna technika Taiji Chen).

Chen Xiaoxing rozpoczął trening w wieku sześciu lat. Był uczony przez swojego starszego brata, Chen Xiaowanga, potem przez Chen Zhaopei i ponownie przez brata. Pierwsze lata treningu spędził z Chen Xiaowangiem. Xiaoxing opisuje ten okres jako "spokojne, ciche chwile". Skupiał się na ćwiczeniu klasycznej Pierwszej Formy Starego Stylu (Yi Lu Lao Jia), wykonując po 30 powtórzeń tej długiej formy dziennie. Później zaczął ćwiczyć także formy z broniami jak i Pchające Dłonie (Tui Shou). W roku 1972 rozpoczął treningi z Chen Zhaokui, który uczył go Nowego Stylu Chen Fake (Xin Jia) - dokładniejszej wersji form ręcznych stylu stworzonego przez Chen Fake.

Chen Xiaoxing mówił, że "kiedy Chen Zhaokui powrócił do Chenjiagou w 1964 roku wprowadził wiele zmian do metod ćwiczenia mieszkańców wioski. Zhaokui korygował błędy i oceniał ich umiejętności". Xiaoxing uczył się pod nadzorem Chen Zhaokui do 1980 roku. Z powodu młodego wieku uczony był przez swojego brata, który posiadał zaawansowane umiejętności, a treningi te wspomina jako "wyjątkowo intensywne".

Sposób w jaki ćwiczył Chen Xiaoxing pokazuje jak tradycja i standardy ćwiczenia przekazywane są następnym pokoleniom w Chenjiagou. Ojcowie, starsi bracia i wujkowie byli najlepszymi nauczycielami i opiekunami następnych pokoleń ćwiczących zarówno podczas publicznych jak i prywatnych treningów. Choć teraz nauka Chen Taijiquan jest dostępna również i dla ludzi z poza rodziny Chen, to sposób jej przekazu pozostał niezmieniony. Ta otwartość na nauczanie ludzi z poza rodziny datuje się od czasów Chen Changxinga, mistrza z siedemnastego pokolenia, który nauczał w Chenjiagou Yang Luchana.

MISTRZ - NAUCZYCIEL

Zachowując zwyczaje panujące wśród praktyków z Chenjiagou, Chen Xiaoxing rozpoczął nauczanie w momencie ukończenia 18-tu lat. W 1976 podróżował po całych Chinach nauczając Taiji. W połowie lat 80-tych jego podejście do nauczania uległo zmianie. Pod wpływem swojego starszego brata skupił się na uczeniu podstawowych zasad i ćwiczeń Taijiquan, takich jak: ćwiczenia stania (zhanzhuang) i rozwijania jedwabnego kokonu (chansijing). Chen Xiaoxing zauważa, iż dzięki zmianie podejścia do treningu "w latach 90-tych moje umiejętności nauczania poprawiły się". Dlatego też propaguje wśród uczniów swój sposób podejścia do treningu. Radzi wszystkim by skupili się na ćwiczeniach stania a także rozwijania jedwabnego kokonu i uczynili je podstawą swojego treningu. Chen Xiaoxing przypomina nam, że "uczeń, który poważnie podchodzi do treningu Chen Taiji powinien starać się osiągnąć w swoim ciele równowagę pomiędzy siłami yin i yang". Radzi również uczniom by pamiętali i stosowali się do zasad pięciu poziomów treningu tradycyjnego stylu Chen (Chen, 1990: Rozdział 4; Berwick, 1999: 189-195).

W późnych latach 90-tych XX wieku, Xiaoxing zaczął szefować Centrum Treningowemu w wiosce. Szkoła ta według Daniela Poona jest "dokładnie zorientowana na społeczność" (wioski). Daniel Poon jest Anglikiem, który mieszkał w domu Chen Xiaoxinga i uczył się w tej szkole w pełnym wymiarze czasu. Szkoła jest też centrum lokalnych pokazów wykonywanych często dla dużych grup urzędników państwowych odwiedzających szkołę albo cudzoziemców. Kiedy znana jest już pora przybycia gości, młodsi uczniowie czyszczą podłogę, przygotowują siedzenia oraz poczęstunek dla gości. Pod nadzorem Chen Xiaoxinga pokaz przebiega z dużą precyzją i zaangażowaniem od pierwszej do ostatniej minuty.

Chen Xiaoxing mówi: "Taiji jest nadal bardzo popularne w naszej wiosce. Dojrzali praktycy ćwiczą bardzo twardo i posiadają duże umiejętności. Wielu z jej mieszkańców poważnie traktuje Taiji, ale nadal dość trudno znaleźć kogoś, kto byłby osobistym uczniem". Ma nadzieję, że za parę lat szkoła będzie oferowała stałe zajęcia dla młodzieży mogącej mieszkać w szkole i chcącej uczyć się Taiji. Czuje, że to pomoże przyciągnąć na dłuższy czas uczniów chcących ćwiczyć z zaangażowaniem.

Typowa wiejska gościnność umacnia autorytet Chen Xiaoxinga jako głównego mistrza sztuki walki w wiosce rodziny Chen. Jest on człowiekiem bardzo uprzejmym i łatwo nawiązującym kontakt z innymi. Uczniów z zagranicy traktuje jako gości rodziny. Pamięta jak styl Chen zaczął być popularny w 1979 roku. Wspomina: "w 1982 cudzoziemcy zaczęli regularnie odwiedzać wioskę, ale w 1988 ich liczba zaczęła się zmniejszać". Następnie stwierdza "teraz zaczęli powracać do Chin, ponieważ Chiny się bogacą". Kończąc mówi "zapraszam wszystkich chcących poważnie ćwiczyć, zarówno tych z kraju jak i z zagranicy, by przybyli do wioski rodziny Chen".

TRENING W WIOSCE RODZINY CHEN: PERSPEKTYWY DLA UCZNIÓW Z ZAGRANICY

Krótkie wizyty w Chenjiagou w celu odbycia treningów konkretnych umiejętności stały się niemal normą dla niewielkiej ale stale rosnącej liczby zagranicznych entuzjastów Taiji. Natomiast pozostanie w wiosce i ćwiczenie tam przez dłuższy okres czasu może być trudne nawet dla najbardziej wytrwałych. Jednym z takich cudzoziemców jest trzydziestoletni Anglik Daniel Poon. Powodowany uczuciem wolności wyboru i chęcią pozostawienia za sobą komfortu cywilizacji rozpoczął treningi prowadzone w klasyczny, tradycyjny sposób w izolowanym od miasta wiejskim otoczeniu.

Dzięki temu, że posiadał w pewnym stopniu umiejętność porozumienia się w dialekcie mandaryńskim, Poon miał możliwość uczenia się od Chen Xiaoxinga. Xiaoxing jest tego typu nauczycielem, który chce uczyć ludzi posiadających dobry charakter i bardzo zaangażowanych w to co robią. Poon uczył się Taiji w Wielkiej Brytanii od 1995, będąc uczniem Michaela Tse. Poon stwierdził, że "przybył do wioski rodziny Chen posiadając wspaniałe podstawy w stylu Chen dzięki Michaelowi Tse". Michael Tse jest uznanym nauczycielem qigong, uczy również stylu Chen Taijiquan. Poon przybył do wioski znając formę Starego Stylu Chen Taiji oraz mając pewne doświadczenia jeśli chodzi o Pchające Dłonie oraz zastosowania i sparing. W Chenjiagou uczył się Nowego Stylu (Xin Jia), form z broniami oraz kontynuował trening Pchających Dłoni. Doświadczenia i obserwacje Poona ujawniają jego radość z treningu oraz specyfikę ćwiczenia we współczesnej wiosce rodziny Chen, jako jednocześnie mieszkańca wioski i cudzoziemca.

Najpierw Poon uczył się u Chen Xiaoxinga. Żartował, że "Chen Xiaoxing nie chciał abym podczas treningu został pobity przez któregoś z ćwiczących. Kiedy znajdziesz się w takim miejscu po raz pierwszy, dobrze jest mieć kogoś kto wyciągnie do ciebie pomocną dłoń". Po treningach z Chen Xiaoxingiem rozpoczął treningi w wioskowej szkole. Proces nauczania określał jako "osmozę". Opisywał codzienny trening jako "wyjątkowo nieformalny". Mówił, że "można bez przeszkód nauczyć się od wielu ludzi, ale korekty najlepiej uzyskać od najlepszych instruktorów". Mówił także, że "w wiosce ćwiczy wielu ludzi, ale ci którzy są najlepsi, są też i najsprytniejsi".

Tak więc, można ćwiczyć w Chenjiagou, ale jest to dość tradycyjny rodzaj treningu. Jest to prawdopodobnie największy dar dla współczesnych praktyków Taiji, tych, którzy poszukują tradycyjnego treningu. Pomimo, iż jest to ciężki trening, nie jest on tak sztywny, surowy i prowadzony w szybkim tempie jak ma to miejsce w dużych Akademiach Wushu utrzymywanych przez rząd a znajdujących się w głównych metropoliach Chin. Standardem jest trening grup mieszanych, kobiet i mężczyzn, za wyjątkiem treningu Pchających Dłoni. Intensywność treningów w wioskowej Akademii jest większa przed zawodami rangi krajowej oraz odbywającymi się co dwa lata międzynarodowymi zawodami okręgu Wen. Mają one swoje własne tempo i rytm. Normą jest trening dwa razy dziennie. Wszyscy uczniowie ćwiczą codziennie formy ręczne, formy z broniami oraz sparingi. Poon zauważa, że "ponieważ życie w wiosce jest dość ciężkie i trudne, to trening rozpoczyna się w młodym wieku od wysokiego poziomu. Dlatego też kiedy na Zachodzie konieczna jest najpierw korekta sposobu stania, to w Chenjiagou trening rozpoczyna się od korekty postawy Pojedynczy Bicz (Dan Bien)".

Podstawą treningu jest nauka Pierwszej Formy Starego Stylu (Yi Lu Lao Jia) i przez dłuższy okres czasu jest to jedyny nauczany materiał. Jest faktem, że doskonalenie przez lata Pierwszej Formy Starego Stylu jest wspaniałym wprowadzeniem na wyższe poziomy umiejętności czyli Nowy Styl, formy z broniami oraz Pchające Dłonie, zapasy i qinna czyli dźwignie i rzuty.

Poon jako uczeń szkoły ma obowiązek uczestniczenia w częstych pokazach. Czując się częścią społeczności wioski zauważa: "teraz o wiele lepiej rozumiem zarówno historię jak i rozwój Taiji". Niewątpliwie jego doświadczenia, to co przeżył w Chenjiagou, choć w pewnym sensie były podróżą w czasie, to niewątpliwie były krokiem do przodu jeśli chodzi o jego praktykę Taijiquan.

BIBLIOGRAFIA:

Powrót do spisu treści


Chen Taijiquan

PIERWOTNE FORMY RODZINY CHEN I JEJ STYLU
Jaromir Śniegowski

chen@chen.org.pl
Polskie Towarzystwo Rozwoju Chen Tai Ji Quan

Współczesny styl Chen narodził się w XIX w., kiedy to słynny mistrz tej rodziny, Chen Changxing, utworzył dwie formy laojia - yilu, erlu. W skład form klasycznych wchodzi także "sześć broni" i tuishou (Pchające Dłonie). Wielki Mistrz Chen Fake dodał do tego dwie formy xinjia (yilu i erlu). Jest to jednak historia stosunkowo niedawna. Przedtem w rodzie Chen też uprawiano sztuki walki.

Rodzina Chen wywodziła się z miasta Hongtong w prowincji Shanxi, gdzie jej członkowie znani byli z umiejętności w sztukach walki. Ćwiczyli oni wtedy 108-ruchową formę, zwaną tongbei. Gdy w trakcie walk o obalenie dynastii Yuan Hongwu, pierwszy cesarz dynastii Ming rozkazał wybić całą zdradziecką ludność hrabstwa Wen w Honanie, na opustoszałe tereny przeniesiono mieszkańców Shanxi, a wraz z nimi rodzinę Chen.

Wioskę, w której rodzina w końcu osiadła, zaczęto nazywać Chenjiagou (Wyschnięta Rzeka Rodziny Chen), a to od czasu, gdy płynąca przez miejscowość rzeka wyschła na skutek kataklizmu, jakim była powódź i zmiana koryta wielkiej rzeki Huanghe (w grę wchodzą lata 1493 i 1855).

Pod koniec wieku XVII generał ludowej milicji hrabstwa Wen, Chen Wangting, wycofawszy się po przegranej wojnie w obronie dynastii Ming do rodzinnej wioski, stworzył właściwy styl Chen. W jego skład weszło 5 form wolnych (pai taiji), 1 szybka (paochui, oparta na formie stworzonej w XVI w. przez generała Qi Jiguanga) i 1 forma długa (108-ruchowa forma changquan, której pokrewieństwo z tongbei nie jest potwierdzone). Styl ten zwano wtedy "7 Form" lub "13 energii" (od 13 sposobów stosowania siły, charakterystycznych dla sztuki rodziny Chen).

Jak już wspomniano, w XIX wieku styl zreformował słynny Chen Changxing, z ruchów wszystkich 7 form tworząc 2 - yilu i erlu. Od jego czasów większość starych form poszło w zapomnienie, a kanon stylu utwierdził się. Znacznie później zaginęła również forma wykonywana z ciężką kulą - stosowano odtąd tylko pojedyncze ćwiczenia.

Jednak współcześnie członkowie rodziny zaczęli odczuwać potrzebę powrotu do tradycji. Dzięki kontaktom mistrza Shen Xijing, jednego z wybitnych uczniów Chen Xiaowanga z mistrzem xingyiquanu Zhao Wenhua, udało się odtworzyć zaginioną formę z kulą - stary mistrz w swej młodości nauczył się jej od ludzi z Chenjiagou w okresie, gdy jeszcze uprawiano ją w tej miejscowości. Obecnie wchodzi ona w skład stylu, a nawet powstała druga, współczesna forma z tym przyrządem.

Od pewnego czasu żyje też w Chenjiagou prawie 80-letnia mistrzyni Chen Liqing, pochodząca z Hongtong. Zna ona doskonale starą formę tongbei. Forma ta nie zaginęła i nadal uprawiana jest w miejscu swego pochodzenia, a teraz również i w Chenjiagou. Dzięki temu wiemy, że nie przypomina ona prawie w niczym form laojia, tak więc styl Chen z wielką pewnością można uznać za innowację Chen Wangtinga.

Trwają także starania, aby wśród ludzi, uprawiających sztuki walki, których rodziny zetknęły się z rodem Chen w dawnych latach odnaleźć inne, zaginione formy stylu. Nie jest to jednak łatwe, gdyż do XIX w. większość jia sztuk walki otoczona była tajemnicą. W świetle rodzinnych kronik Chen bezwzględny zakaz uczenia stylu jest, co prawda, raczej mitem, gdyż zawsze były od niego wyjątki (w końcu rodzina zatrudniała służbę, jak np. Yang Luchana), jednak rozpowszechnienie stylu było nieporównalnie mniejsze, niż w XX w. Oznacza to, że nie wszystko, co zostało zapomniane w rodzinie Chen, uda się odtworzyć...

Przypisy:
- Lao oznacza "stary", zaś słowo jia to "szkoła", "dom" lub "rodzina", a więc "szkoła prywatna, osobista"; to ostatnie często stosowane dla określenia szkół filozoficznych - np. rujia (konfucjaniści) czy daodejia lub daojia (taoiści). Yi to "jeden", er dwa, a lu to "droga, ścieżka" - jeden z wielu chińskich terminów, określających ćwiczenia formalne.
 
-
Słowo xin to termin o znaczeniu "nowy".
 
-
Shen Xijing przez 12 lat w okresie swej młodości uczył się u niego xingyi i bagua.

Powrót do spisu treści


Chen Taijiquan

SEMINARIUM Z WIELKIM MISTRZEM CHEN XIAO WANGIEM W HAMBURGU
(17- 22.11.2001 r.)
Jarosław Jodzis

jarek@chentaiji.pl
World Chen Taiji Asscociation - Poland

Grandmaster Chen Xiao Wang naucza rodzinnego stylu chen taijiquan podróżując po niemal całym świecie przez 9 m-cy w roku, od blisko 10 lat. Jednym z jego pierwszych uczniów w Europie jest Jan Silberstorff z Hamburga. Ten sympatyczny Niemiec, biegle mówiący po chińsku, spędził kilka lat w Chinach i głównie jemu zawdzięczamy przyjazd Mistrza do Europy.

Seminaria w Hamburgu, w szkole prowadzonej przez Jana, są zawsze bardzo ciekawe. Jest tam stosunkowo duża grupa osób ćwiczących chen taijiquan już od dłuższego czasu, więc jeśli ktoś chce nauczyć się bardziej zaawansowanych form wybiera się na seminarium do Hamburga. Tam po raz pierwszy w Europie Mistrz nauczał formy xinjia yilu i form z bronią. Tym razem w programie głównym daniem była nauka 35 ruchowej formy z dwiema szablami. W trzydniowym seminarium poświęconym nauce w/w formy wzięło udział ok. 20 osób, głównie z Niemiec i pojedyncze osoby z innych krajów. Z Polski przyjechały 3 osoby: Darek Młynarczyk z Wrocławia, Jaromir Sniegowski z Krakowa i autor (Jarosław Jodzis z Jeleniej Góry).

Forma z podwójną szablą należy do bardziej zaawansowanych form systemu. Mistrz naucza jej bardzo rzadko, w Europie na pewno po raz pierwszy. Forma wykonywana jest w dosyć szybkim tempie, prawie cały czas ciało wiruje w obrotach i w przeskokach. Szable w ciągłym ruchu śmigają wokół głowy, jak żywa sieczkarnia, tnąc i rąbiąc wszystko dookoła. Na pierwszy rzut oka nie sposób się tego nauczyć i zapamiętać. Powoli jednak Mistrz pokazuje przejścia i obroty i po mozolnie powtarzanych ruchach coś zaczyna się klarować. Z drugiej strony wolny ruch nie zawsze oddaje charakter formy, więc po kilku powtórzeniach Mistrz przyspiesza i wtedy z trudem nadążamy, po kilkudziesięciu powtórzeniach co zdolniejsi zaczynają łapać. Widać też że Mistrz inaczej traktuje grupę gdzie większość stanowią osoby dość zaawansowane. Po jakimś czasie wszyscy siadamy i każdy po kolei demonstruje nauczany fragment. Zaczynają osoby najbardziej zaawansowane, żeby pozostali obserwując mogli jeszcze utrwalić kolejność ruchów. Wykonuję formę jako czwarty więc nie mam za dużo czasu na zastanawianie się jak wypadnę. Poza tym Mistrz nie traktuje tego jako egzaminu, raczej jako naukę dla obserwujących i wykonujących. Gdy ktoś się myli, Mistrz koryguje ruch i pokazuje prawidłowe wykonanie, przez co wszyscy mający podobne problemy mogą je wyklarować.

Jeśli ktoś miał okazję demonstrować formę przed Mistrzem i grupą na pewno zdaje sobie sprawę ze stresu jaki temu towarzyszy, niektórzy nie są w stanie opanować drżenia kolan i znane wcześniej ruchy gdzieś ulatują, jest to bardzo dobra lekcja dla wszystkich. W sumie mamy kilka takich demanstracji i kolejne nie są już takim przeżyciem.

Forma okazuje się dość długa i z trudem kończymy ją trzeciego dnia, niestety niektórzy musieli wyjechać po dwóch dniach odkładając skończenie formy na dość nieokreśloną przyszłość (z naszej grupy Jaromir zrezygnował z trzeciego dnia, zostając za to na 1 dzień korekty nowej formy xinjia).

Ostatniego dnia wszyscy po kolei demonstrują całą formę i o dziwo, lepiej lub gorzej, zapamiętują ją wszyscy, nawet ci którym na początku wcale nie szło. Świadczy to o niezwykłych możliwościach pedagogicznych Mistrza, ponieważ forma naprawdę nie jest łatwa.

Zostajemy jeszcze na dwa dni korekty formy xinjia, umawiamy się z Mistrzem na jego kolejną wizytę w Polsce i pełni wiedzy i wrażeń wracamy do kraju.

Powrót do spisu treści


Yang Taijiquan

"PRAKTYCZNE STRONY TAI CHI CHUAN" - KSIĄŻKA MISTRZA YANG SAU CHUNGA
Faber Christoph

GasshoFaber@aol.com

okładka książki

W 1962 roku ukazała się w Hongkongu niezwykle interesująca książka mistrza Yang Sau Chunga - "Practical Use of Tai Chi Chuan; Its Applications & Variations". Ukazała się ona oczywiście w języku chińskim. W języku angielskim wydana została w Ameryce, staraniem Chu Gin Soona (pisałem o nim w sierpniowym numerze) dopiero w roku 1976. Dwadzieścia lat później , w roku 1996 przetłumaczył ja również na język niemiecki Stephan Hagen.

Książka ta, jak zauważa autor we słowie wstępnym, przeznaczona jest raczej dla osób zaawansowanych w tej sztuce, gdyż przedstawia zastosowania poszczególnych pozycji "Formy podstawowej" w sztuce samoobrony.

Yang Sau Chung rozpoczął naukę Tai Chi Chuan w wieku 8 lat, a będąc 14 letnim chłopcem - jak wspomina w niniejszej książce - miał już dobrze opanowana formę podstawowa, a także formy z mieczem, szabla i włócznia. Asystował już w tym czasie swemu ojcu i nauczał pod jego kierownictwem w jego szkole. W wieku 19 lat był już cenionym nauczycielem, którego angażowały rożnego rodzaju koncerny, towarzystwa i urzędy. Nauczał już także wtedy prywatnie. W roku 1949 pozostawiając w Chinach swych braci - Chung-Kee'a; Chung-Tooda i Chung-Kwoka, wraz z żona Leung Kwonk-Yee wyjechał do Hongkongu. Tu też otworzył swoją szkołę.

Ponieważ w porównaniu z ogromną liczbą mieszkańców Chin, liczba uczniów Yang Sau Chunga była bardzo ograniczona, postanowił dla wszystkich tych, których fascynowało Tai Chi Chuan, a którzy nie mieli możliwości uczyć się pod jego okiem, opublikować zapiski swojego ojca Yang Cheng - Fu, i uzupełnić je swoimi uwagami.

Tak to właśnie powstała ta książka, która swą ogromną wartość zawdzięcza nie tylko jej autorstwu, ale także unikalnym archiwalnym zdjęciom, na których wielki mistrz Yang Cheng-Fu, a także jego syn Yang Sau-Chung demonstrują zastosowania "Formy" w sztuce walki.

Któż wie, być może kiedyś w przyszłości będzie można nabyć tę fascynującą książkę również w polskich księgarniach. Tego w każdym bądź razie wszystkim czytelnikom magazynu "Nei Jia" z całego serca życzę. Życzę także Wesołych Świat i Szczęśliwego Nowego Roku.

Powrót do spisu treści


Mistrzowie Taijiquan

Chen Fake

CHEN FAKE
Andrzej Kalisz

yiquan@yiquan.com.pl
http://www.yiquan.com.pl

Najsłynniejszym w XX wieku mistrzem stylu Chen taijiquan był niewątpliwie Chen Fake (1887-1957).

Gdy Chen Fake się urodził, jego ojciec Chen Yanxi dochodził już do sześćdziesiątki. Ponieważ dwóch z jego starszych braci młodo zmarło, młody Fake był przez rodziców traktowany jak oczko w głowie i bardzo rozpieszczany. Początkowo był bardzo chorowity. Chociaż uczył się taijiquan od ojca, niezbyt się do tego przykładał i jego umiejętności były przez kilka lat mizerne.

Pewnego roku Chen Yanxi wyjechał, by nauczać taijiquan w innej miejscowości. Bez nadzoru ojca Fake jeszcze bardziej zaniedbał trening. Aż do momentu, gdy usłyszał rozmowę krewnych, wyrażających żal, że w tej linii rodu Chen do której należał jego ojciec, wszyscy przedstawiciele każdego pokolenia byli wybitnymi mistrzami; niestety Chen Fake nie rokuje żadnych nadziei. Poczuł ogromny wstyd i podjął decyzję, że musi stać się godnym kontynuatorem swych przodków.

Przyjął wówczas regułę, by wykonywać co najmniej 30 powtórzeń formy dziennie (biorąc pod uwagę długość form taijiquan, można mieć wyobrażenie, jak wiele czasu musiał na to poświęcać). Faktycznie ćwiczył jeszcze więcej. Dziennie wykonywał około 300 potrząśnięć grubym kijem o długości 4 metrów, co służyło rozwojowi tzw. sprężystej energii wstrząsu (tan dou jin). Poza wspólnym treningiem z innymi członkami rodziny rano i wieczorem, ćwiczył też w czasie południowej sjesty, gdy inni spali, a nawet w nocy wstawał z łóżka, ćwicząc formę bez gwałtownych ruchów, by nie obudzić starszego kuzyna.

Po trzech latach pilnego treningu Chen Fake zaproponował kuzynowi pojedynek tui shou - pchających rąk. Trzykrotnie go powalił. Kuzyn stwierdził, że ojciec musiał przekazać Chen Fake jakieś sekretne metody, gdyż pamiętał, że trzy lata wcześniej Fake nie miał najmniejszych szans w podobnym pojedynku. Nie były to jednak żadne sekretne metody (Chen Yanxi w ciągu tych trzech lat nie wracał do Chenjiagou, nie mógł więc ich Chen Fake nauczyć), lecz po prostu rezultat pilnego treningu.

W wieku 17 lat Chen zademonstrował swe umiejętności w walce z silnym mężczyzną o przydomku "Byk". Gdy "Byk" chwycił go za nadgarstki, Chen wykorzystując charakterystyczną dla stylu Chen taijiquan "energię wstrząsu", uwolnił się z uchwytu i powalił go. Gdy "Byk" podniósł się i kontynuował atak, Chen odrzucił go o trzy metry techniką qing long chu shui (zielony smok wyłania się z wody), tak że ten upadł na plecy.

Gdy miał 20 lat, w jego powiecie miał miejsce turniej leitai (walki bez reguł, na wysoko umieszczonej platformie), w którym Chen Fake nie znalazł równego sobie przeciwnika. Od tego momentu jego sława zaczęła szybko rosnąć.

Miejscowy wojskowy kacyk Han Fuju chciał zatrudnić Chen Fake jako głównego instruktora sztuki walki. Gdy Chen odmówił, Han rozkazał jednemu ze swych ludzi zaatakować go włócznią. Chen, gdy ostrze dosięgało już niemal jego gardła, obniżył nagle postawę i okrężnym ruchem przechwycił włócznię, obracając ją nieco, uwalniając w ten sposób z rąk napastnika, i odrzucając go uderzeniem drugiego końca w bok. Rozgniewany kacyk stwierdził, że pozwoli Chenowi odejść, jeśli ten obroni się przed atakiem szabli jednego z jego instruktorów. Polecił Chenowi stanąć w narysowanym na podłodze kręgu, z rękoma z tyłu. Gdy ów instruktor zaatakował, Chen stosując podwójne kopnięcie, wytrącił mu szablę z dłoni.

Pewnego razu nieuzbrojony Chen Fake pojmał szefa miejscowej bandy. Miał on zwyczaj grywać w miejscowej karczmie na pieniądze w madżonga. Leżący na blacie stołu pistolet powodował, że dla jego przeciwników lepszym wyjściem wydawała się przegrana. Pewnego razu bandyta dość stanowczo "zaprosił" do gry trzech znajomych Chen Fake. Chen, gdy o tym usłyszał, natychmiast udał się do oberży. Gdy wszedł do środka, lufa pistoletu skierowała się w jego stronę. On jednak, jak gdyby nigdy nic, spokojnie podszedł i pozdrowił znajomych. Uspokojony bandyta powrócił do gry. Chen udawał, że przygląda się grze. Wyjął papierosy i poczęstował obecnych. Podszedł bliżej do stołu, wyciągając rękę po leżące tam zapałki, ale naprawdę chcąc pochwycić pistolet. Bandyta pierwszy chwycił jednak pistolet, by wystrzelić w Chena. Fake zdołał jednak odbić rękę bandyty w bok, tak że kula go nie trafiła. Następnie złamał wyprostowany łokieć bandyty, tak że ten upuścił pistolet.

Pewnego roku jedna z band oblegała miasto - siedzibę powiatu. Bandyci (podobnie jak dwadzieścia kilka lat wcześniej uczestnicy tzw. powstania bokserów) zażywali tajemne mikstury, wierząc, że dzięki nim będą odporni na kule i ostrza broni. Władze miasta zabarykadowały się wewnątrz murów miejskich, wydając rozkaz zamknięcia wszystkich bram. Tylko Chen Fake, uzbrojony w zwykły kij wyszedł na zewnątrz, na spotkanie napastników. Sam przywódca bandytów wystąpił przeciw Chenowi, atakując go włócznią. Chen sparował atak, przebijając przeciwnika pozbawionym ostrza kijem. Bandyci, którzy przed chwilą wykrzykiwali, że żadne ostrze nie może ich zranić, otrzeźwieli nagle i rzucili się do ucieczki.

Gdy na prośbę Chen Zhaopi w 1930 roku (wersja mówiąca o 1928 roku wynika z mylenia osób Chen Fake i Chen Zhaopi) Chen Fake przybył do Pekinu, spotkał tam trzech braci Li, którzy jako instruktorzy sztuki walki cieszyli się w Pekinie sporą sławą. Aroganccy bracia, którzy z pogardą traktowali taijiquan, wyzwali Chen Fake na pojedynek. Gdy najstarszy z braci, wysoki i potężnie zbudowany zaatakował, Chen błyskawicznym ruchem, z okrzykiem "Ha!", rzucił go na parapet okna znajdującego się przy drzwiach. Dwaj pozostali bracia nie odważyli się na atak. Chen stał się po tym wydarzeniu słynny w stolicy i wiele osób chciało u niego pobierać nauki. Wśród nich byli m.in. Xu Yushen - szef Pekińskiego Instytutu Guoshu oraz tak uznani mistrzowie jak Li Jianhua i Shen Jiazhen, którzy po przegranych pojedynkach z Chenem zostali jego uczniami. Również Yang Xiaolou, wybitny aktor opery pekińskiej, specjalizujący się w scenach walk, pobierał nauki u Chen Fake.

Niedługo po przybyciu do Pekinu Chen Fake zaproponowano posadę instuktora sztuki walki na Uniwersytecie Narodowym. Wiedział on jednak, że kilka miesięcy wcześniej zatrudniono tam innego instruktora. Ów instruktor był bardzo biedny i wcześniej zarabiał sprzedając doufu (twaróg sojowy, znany u nas pod japońską nazwą tofu). Chen nie chciał pozbawiać go posady. Postanowił, że przyjmie propozycję tylko wtedy, gdy tamten instruktor też pozostanie na dotychczasowym stanowisku. Tego dnia udał się na spotkanie z kierownictwem uniwersytetu do budynku, który wcześniej był książęcym pałacem. Gdy tylko zorientował się, że kierownictwo uczelni zaraz po zatrudnieniu go ma zamiar zwolnić poprzedniego instruktora, odrzucił propozycję, wymawiając się brakiem doświadczenia w nauczaniu dużych grup. Przedstawiciele uczelni, wiedząc że to tylko wymówka, poczuli się obrażeni odmową. Dla zachowania pozorów stwierdzili jednak, że rozumieją jego motywy i poprosili o demonstrację jego sztuki. Chen rozpoczął wykonywanie formy, a w momencie, gdy nastąpiło podwójne tupnięcie, wykonał je tak mocno, że popękały kamienne płyty posadzki, po czym odszedł, pozostawiając oniemiałych profesorów. Mówił później, że zrobił to celowo, by zostawić po sobie "pamiątkę".

Pewnego razu Xu Yushen zorganizował zawody i zaprosił Chena jako doradcę. W czasie dyskusji na temat regulaminu zawodów, ktoś zaproponował by walki trwały 15 minut. Chen wtrącił się z sugestią, że czas potrzebny do policzenia raz, dwa, trzy powinien być dostateczny do wskazania zwycięzcy. Gdy Li Jianhuan wyraził wątpliwość, Chen z uśmiechem odparł, że mogą to sprawdzić. Dwumetrowy i ważący 100 kg Li zbliżył się i zaatakował. Chen lekko obrócił ciało i rzucił Li tak, że ten uniesiony 30 cm ponad podłogę zderzył się ze ścianą. Nic mu się nie stało, jego ubranie zostało tylko mocno pobrudzone farbą ze ściany. Rozbita została też gablota z fotografiami. Z pewnością trwało to krócej niż policzenie do trzech.

Na zawodach w Pekinie znany zapaśnik Shen San zapytał Chena jak mistrz taijiquan walczyłby z zapaśnikiem. Chen odparł, że przeciwnika nie wybiera się i przystał na pojedynek. Wyciągnął przed siebie ręce i pozwolił Shen Sanowi uchwycić je. Widzowie oczekiwali rozpoczęcia pasjonującej walki, tymczasem po trzech sekundach obaj przeciwnicy roześmiali się i było po wszystkim. Dwa dni później, gdy Chen prowadził zajęcia, przybył Shen z drogim podarkiem. Uczniowie Chen Fake byli zdziwieni. Shen wyjaśnił im, że w czasie tego dziwnego, krótkiego pojedynku, gdy chwycił ręce Chena, nie mógł wykonać żadnej akcji i natychmiast uświadomił sobie o ile wyższe są umiejętności Chen Fake, który mógł z nim zrobić co tylko by chciał, a jednak ani nie powalił go, ani nie powiedział o tym innym. Shen był mu za to bardzo wdzięczny.

Chen Fake przywiązywał dużą wagę do charakteru i moralnych walorów uczniów. Nie każdy mógł pobierać u niego nauki. Niejaki Song, mocno zbudowany, zaawansowany adept changquan, znany ze złego prowadzenia się i nadużywania siły, wiedząc o tym, próbował użyć podstępu. Udając, że jest chory i bardzo osłabiony poprosił Chena o nauki, twierdząc, że chce ćwiczyć taijiquan tylko dla poprawy zdrowia. Chen przejrzał go na wylot. Gdy Song, którego interesować miały jakoby tylko zdrowotne walory stylu zapytał, jak mistrz sztuki, która kładzie podobno nacisk na użycie umysłu, a nie siły, może pokonać silniejszego przeciwnika, Chen Fake natychmiast zaproponował próbę. Song, przed chwilą jeszcze chory i słaby, zaatakował Chena z zatrważającą siłą. Chen wykonując obrót ciała zneutralizował atak, ale widząć, że zbyt gwałtowny, nie znajdujący oporu atak, może doprowadzić przeciwnika do niebezpiecznego zderzenia ze ścianą, powstrzymał go ramieniem, odpychając lekko w bok, tak że ten upadł twarzą prosto w miskę do mycia twarzy. Chwilę po tym Song klęczał przed Chenem, bijąc pokłony i prosząc o przyjęcie jako ucznia. Chen odmówił jednak, mówiąc że skoro Song chory i osłabiony dysponuje tak niebezpieczną siłą, to co będzie gdy wyzdrowieje? Song, z dziwnym wyrazem twarzy, oddalił się bez słowa.

Wśród uczniów Chen Fake wielu było takich, którzy wcześniej byli już uznanymi mistrzami innych systemów. Najdobitniej świadczy to o jego umiejętnościach i wartości stylu Chen taijiquan. Wśród tych mistrzów, którzy później stali się uczniami Chen Fake byli m.in. Xu Yushen, Liu Ruizhan, Tang Hao, Gu Liuxin, Lei Muni, Tian Xiuchen, Li Linwu, Li Jianhuan, Shen Jiazhen, Feng Zhiqiang i Li Zhongying. Inni znani uczniowie to synowie Chen Fake - Chen Zhaoxu (ojciec Chen Xiaowanga) i Chen Zhaokui, córka Chen Baoqu oraz Hong Junsheng i Chen Shouli.

Po powstaniu Chińskiej Republiki Ludowej Chen, wspólnie z Hu Yaozhenem utworzył Stołeczne Stowarzyszenie Wushu, którego został przewodniczącym.

Chen Fake w późniejszym wieku rozwinął i wzbogacił technicznie obydwie formy wersji dajia stylu Chen. Zmienił się też nieco sposób ćwiczenia, co szczególnei rzuca się w oczy w przypadku formy pierwszej. Podczas gdy w starszej wersji, w czasie wykonywania formy wysokość pozycji, poza nielicznymi wyjątkami, utrzymywana była na mniej więcej równym poziomie, dla sposobu ćwiczenia większości uczniów Chen Fake charakterystyczne są ciągłe zmiany wysokości pozycji. Ponadto formę można ćwiczyć generalnie niżej lub wyżej (dipan - poziom niski, zhongpan - poziom średni, gaopan - wysoki). W dipan ruchy są obszerne, w gaopan - krótkie, bardziej subtelne. W klasycznej formie laojia tempo ruchów jest generalnie (poza nielicznymi technikami gwałtownymi - fa jin) wolne i równomierne. W wersji Chen Fake tempo pulsuje - ruchy ciągle przyspieszają i zwalniają, chociaż zachowana zostaje względna powolność i płynność (z wyjątkiem oczywiście fa jin). Spotyka się jednak również sposoby wykonania bliższe wersji tradycyjnej.

Charakterystyczne jest, że każdy z uczniów Chen Fake, w odróżnieniu od adeptów tradycyjnej wersji z Chenjiagou, wykonuje formę nieco inaczej. Chen Fake wprowadzał bowiem do formy własne modyfikacje i pozwalał na to swoim uczniom. Gdy uczyłem się w Pekinie stylu Chen, wielokrotnie słyszałem od swoich nauczycieli ze Stowarzyszenia Badawczego Stylu Chen Taijiquan, że ważniejsza od ścisłego naśladownictwa ruchów jest ich zgodność z podstawowymi zasadami tego stylu.

Chen Fake koncentrował się na formach ręcznych, nie nauczając w zasadzie form z bronią, za wyjątkiem miecza. Nawet formę z mieczem poznali jednak tylko nieliczni z jego uczniów. Dlatego adepci tej odmiany stylu Chen - bogatszej od tradycyjnej, jeśli chodzi o formy ręczne - w zakresie form z bronią doszkalają się często u instruktorów klasycznej wersji z Chenjiagou (ci z kolei uczą się od nich form ręcznych Chen Fake).

Artykuł ukazał się w magazynie "Karate Kung-Fu" 3/96

Powrót do spisu treści


Mistrzowie Taijiquan

CHEN ZHAOPI - MISTRZ STYLU CHEN TAIJIQUAN
Andrzej Kalisz

yiquan@yiquan.com.pl
http://www.yiquan.com.pl

Chen Zhaopi (1893-1972), znany również jako Chen Jipu był głównym przedstawicielem wersji laojia stylu Chen taijiquan w XX wieku. Od niego tej wersji uczyli się m.in. Chen Xiaowang, Chen Zhenglei, Wang Xi'an i Zhu Tiancai, znani jako "cztery tygrysy z Chenjiagou".

Chen Zhaopi w młodości

Chen Zhaopi naukę zaczął we wczesnym dzieciństwie. Gdy miał 21 lat już nauczał i propagował styl Chen taijiquan m.in. w prowincjach Gansu oraz Hebei. W 1926 wrócił do rodzinnego powiatu i został instruktorem tutejszego towarzystwa guoshu.

W 1928 roku na zaproszenie właścicieli słynnej apteki Tongrentang udał się do Pekinu. W popołudniowej gazecie ukazał się artykuł o nim i o stylu Chen taijiquan i wkrótce zaczęli do niego przybywać uczniowie. Chen wystosował też zaproszenie do pekińskiego środowiska sztuk walki i przez 17 dni oczekiwał w okolicy bramy Xuanwumen na chętnych do skonfrontowania umiejętności. Z tych którzy przybyli nikt go nie pokonał. Wkrótce zaproszono go do nauczania między innymi w miejskim magistracie i na kilku uczelniach.

W 1930 roku na zaproszenie tamtejszego burmistrza Chen Zhaopi przeniósł się do Nankinu. Wówczas, na jego prośbę, w Pekinie zastąpił go Chen Fake, który później stał się od Chen Zhaopi znacznie bardziej znany. W Nankinie Chen Zhaopi nauczał w miejskim magistracie, a także w wielu innych instytucjach. Został też honorowym instruktorem Centralnego Instytutu Guoshu. W 1933 roku był sędzią guoshu na Ogólnochińskich Zawodach Sportowych oraz członkiem komisji podczas Drugich Państwowych Egzaminów Guoshu.

W 1938 roku Chen wstąpił do walczącej przeciwko Japończykom armii generała Fan Tinglan i został tam instruktorem walki wręcz. Sam też walczył na pierwszej linii. W 1940 roku zaczął nauczać w Luoyangu. W 1942 w Xi'anie, a w 1945 roku w Kaifengu. Od 1948 roku był zatrudniony przy nadzorze przeciwpowodziowym na rzece Huanghe, jednocześnie nauczając taijiquan.

W 1958 roku Chen przeszedł na emeryturę i wrócił do Chenjiagou. W tym samym roku wziął udział w turnieju pokazowym wushu prowincji Henan i zajął pierwsze miejsce w taijiquan. W 1960 roku uczestniczył w Ogólnochińskim Festiwalu Wushu, gdzie nadano mu tytuł "Słynnego mistrza taijiquan". W 1964 roku został członkiem zarządu Chińskiego Związku Wushu.

Gdy Chen Zhaopi wrócił w 1958 roku do Chenjiagou, zauważył, że już mało kto ćwiczył tu taijiquan, intensywnie zabrał się więc do pracy, starając się przeszkolić jak najwięcej młodych ludzi. Gdy w 1966 roku rozpoczęła się tak zwana "rewolucja kulturalna" został poddany ostrej krytyce. Chen Zhaopi nie mógł jednak dopatrzyć się niczego złego w propagowaniu taijiquan i nie poddawał się. Często udawał szaleńca, dzięki czemu dawano mu spokój, gdy przechadzał się po Chenjiagou zaczepiając ludzi, każdemu oferując że nauczy go taijiquan, lub po prostu śpiewając i jednocześnie wykonując formę na środku ulicy. Natomiast większość uczniów zbyt obawiała się represji, by kontynuować treningi. Tylko nieliczni, wśród nich przyszłe "cztery tygrysy", kontynuowałi naukę w tajemnicy. Chociaż i oni mieli przerwy i wahania. Jak wspominał Chen Xiaowang, wielu nocy nie przespał borykając się z problemem dlaczego taijiquan miałoby być czymś złym i zakazanym, zanim doszedł do wniosku, że nie jest to nic złego i wrócił do nauki. A Chen Zhaopi przez pewien czas był kompletnie załamany, gdy przez całe noce czekał na uczniów i nikt nie przychodził. Dopiero, gdy w 1969 roku Mao Zedong ogłosił pochwałę taijiquan, do nauki powróciło nieco więcej osób, choć nadal odbywało się to w zasadzie na wpół w tajemnicy. Dopiero w 1972 roku Chen znów zaczął działać całkowicie jawnie, ucząc taijiquan w szkole podstawowej w Chenjiagou.

We wrześniu 1972 roku zorganizowano zawody wushu na szczeblu prowincji. Zaproszono drużynę Chenjiagou. Chen Zhaopi ostro wziął się do pracy, chcąc nadrobić zaległości kilku poprzednich lat. Miał już niemal 80 lat i zdrowie osłabione przeżyciami ostatnich kilku lat. Praca jakiej się podjął była ponad jego siły. On jednak chciał uczniom dać z siebie jak najwięcej, nie przywiązując wagi do swojego stanu zdrowia. Po powrocie z zawodów prowincjonalnych jego stan zdrowia znacznie się pogorszył. Jednak on nadal szkolił uczniów, przygotowując ich do startu na zawodach krajowych w listopadzie w Jinan. Dwa tygodnie po powrocie z nich trafił do szpitala. Zaledwie wyszedł ze szpitala, nie słuchając rad lekarzy znów zaczął intensywnie pracować i w rezultacie ponownie znalazł się w szpitalu, gdzie po czterech dniach zmarł.

Chen Zhaopi przeżył niemal 80 lat. Być może przeżyłby więcej, gdyby bardziej dbał o siebie, a nie o rozwój taijiquan w Chenjiagou. Po śmierci Chen Zhaopi, "cztery tygrysy" zajęły się nauką wersji xinjia pod kierunkiem Chen Zhaokui'a (1928-1981), o którym napiszę w następnym numerze "Świata Neijia".

Powrót do spisu treści


Yiquan

YIQUAN - PODSTAWOWE ZASADY PRAKTYKI ZHAN ZHUANG DLA ZDROWIA
Andrzej Kalisz

yiquan@yiquan.com.pl
http://www.yiquan.com.pl

Niniejszy tekst jest skróconą wersją  jednego z rozdziałów przygotowywanej obecnie publikacji "Esencja qigong - metoda zhan zhuang", która ukaże się wkrótce w dwóch wersjach: książkowej oraz jako prezentacja multimedialna.

Mistrz Yao Chengguang i pani Wang Yufang, córka twórcy yiquan,
specjalizująca się w zdrowotnym wykorzystaniu metody zhan zhuang

RELAKS

Relaks jest jednym z najbardziej istotnych elementów zarówno tzw. wewnętrznych sztuk walki, jak i zdrowotnych form ćwiczeń qigong. Metoda zhan zhuang nie jest tu wyjątkiem. Tylko gdy ciało jest odpowiednio zrelaksowane, krążenie krwi może być swobodne. Tylko gdy wyeliminujemy nadmierne napięcie możliwy jest sprężysty, dynamiczny ruch, pełne wykorzystanie siły mięśni i osiągnięcie maksymalnej szybkości.

Niestety większość ludzi, zwłaszcza dorosłych, rozwinęła nadmierne nawykowe napięcie niektórych partii mięśniowych. Jest to w dużej mierze rezultat akumulacji stresów jakim podlega współczesny człowiek. Tych napięć, usztywnień, czy blokad często bardzo trudno się pozbyć. Dlatego w yiquan i metodzie zhan zhuang do zagadnienia relaksu przywiązuje się ogromną wagę, wykorzystując wiele form aktywności mentalnej (wizualizacji), które pomagają pozbyć się nadmiernego napięcia.

Należy zwrócić uwagę, że pojęcia relaks nie należy kojarzyć z absolutnym rozluźnieniem. Takie w gruncie rzeczy jest po prostu niemożliwe. Zawsze jakieś mięśnie muszą być w pewnym stopniu napięte, niezależnie od tego w jakiej pozycji się znajdujemy i jak zrelaksowani, odprężeni się czujemy. Zwłaszcza w przypadku tak typowych dla metody zhan zhuang pozycji stojących oczywiste jest, że relaks nie oznacza tu całkowitego rozluźnienia (niemożliwe byłoby wówczas utrzymanie pozycji), a po prostu eliminację nadmiernego, niepotrzebnego napięcia. Twórca yiquan mawiał: „Bądź zrelaksowany ale nie rozluźniony, napięty ale nie sztywny”. Gdy osiągniesz ten właściwy stan będziesz czuł się przyjemnie, komfortowo, doznając jednocześnie relaksu i poczucia siły.

WYCISZENIE

Wyciszenie – ru jing (dosłownie: wejście w ciszę) jest jednym z podstawowych elementów praktycznie wszystkich form qigong. Uważa się, że im głębsze wyciszenie, tym wyraźniejsze efekty praktyki. Stan optymalny jest wtedy, gdy umysł jest spokojny, oczyszczony z natłoku myśli, świadomość jest czysta i uwaga skupiona. Początkowo trudno jest zachować taki stan przez dłuższy czas, następują okresy wyciszenia i okresy, gdy pojawiają się myśli na różne tematy. W miarę praktyki osiągnięcie i utrzymanie takiego stanu staje się łatwiejsze. Czasem określa się go jako stan zapomnienia o sobie i o świecie zewnętrznym, gdy nie występuje poczucie zróżnicowania. Nie jest to jednak stan odcięcia się od otoczenia i wszelkich bodźców, jak sądzą często osoby, które nie znają tego rodzaju praktyki, lecz stan, gdy świadomość jest spokojna, ale jednocześnie bardzo wrażliwa, czujna. Jest to stan umysłu uważany za najbardziej sprzyjający kultywowaniu zdrowia poprzez ćwiczenia qigong. Jednocześnie jest to podstawa dla rozwoju czujności i wrażliwości niezbędnej w samoobronie. Proces dochodzenia do tego stanu umysłu jest ściśle związany z procesem relaksu ciała. Wzajemnie się one wspierają. Dlatego zwykle mówi się łącznie o relaksie ciała i wyciszeniu umysłu.

POZYCJA

Przyjęcie właściwej pozycji jest niezbędnym warunkiem efektywnej praktyki zhan zhuang. Nie chodzi tu jednak o ścisłe naśladowanie pozycji instruktora, ale o zrozumienie na czym polega ćwiczenie i dostosowane pozycji do swoich indywidualnych warunków. Inną kwestią jest wybór pozycji dostosowanej do indywidualnej kondycji i stanu zdrowia. W związku z tym osoby młode i silne mogą wykorzystywać niektóre z bardziej wymagających pozycji stojących. Osoby starsze, słabsze, chore wykorzystają raczej te wymagające mniejszego wysiłku, często będą to pozycje siedzące lub leżące. Również stosownie do stanu samopoczucia i aktualnego poziomu zmęczenia można dokonywać odpowiedniego wyboru pozycji.

ODDECH

We wszystkich ćwiczeniach o których tutaj mowa oddech powinien być naturalny. Chociaż różne formy kontroli oddechu są powszechne w wielu odmianach qigong, twórca yiquan i przedstawionej tutaj metody zhan zhuang z nich zrezygnował, ponieważ w trakcie nauczania stwierdził, że te same efekty osiągnąć można w znacznie prostszy sposób, nie stwarzający ryzyka wystąpienia niepożądanych skutków, które są dość częstym efektem ćwiczeń polegających na kontroli oddechu (duszności, zawroty głowy, bóle klatki piersiowej, zakłócenia oddechu), zwłaszcza, gdy ćwiczenia te nie są wykonywane pod okiem naprawdę kompetentnego eksperta. W metodzie zhan zhuang głęboki, płynny, spokojny oddech jest bardzo istotny. Jednak dochodzi się do celu w sposób bardzo naturalny, nie uciekając się do nadmiernie skomplikowanych środków. Sama natura ćwiczeń zhan zhuang, gdzie ramiona utrzymywane są w określonej pozycji, a klatka piersiowa i brzuch pozostają rozluźnione, sprawia iż oddech pogłębia się i staje bardziej przeponowy bez nadmiernej sztucznej ingerencji adepta. Ktoś powiedział: „To jest jak z wodą, która sama spływa w najniżej położone miejsce, zatem kierowanie jej tam byłoby działaniem sztucznym”.

W ćwiczeniach ruchowych, które stanowią niezbędne uzupełnienie metody zhan zhuang również wykorzystywana jest zasada naturalności oddechu. W odróżnieniu od wielu innych form ćwiczeń, gdzie podkreśla się znaczenie koordynacji oddechu z ruchami, tutaj taki wymóg nie występuje. Zwłaszcza, że ćwiczenia ruchowe shi li należy wykonywać tak powoli, że próba koordynacji oddechu z ruchami powodowałaby jego nadmierne spowolnienie. Tak więc powinniśmy „pozwolić” oddechowi płynąć swobodnie w naturalnym tempie, bez nadmiernej kontroli.

CZAS

W przypadku metody zhan zhuang nie ma szczególnych, ścisłych wymogów dotyczących czasu ćwiczenia. Jest to kwestia bardzo indywidualna, zależna od wieku, stanu zdrowia, wytrzymałości, poziomu zaawansowania, a także upodobań i ilości wolnego czasu jakim dysponuje adept. Zwykle zaczyna się od ćwiczenia od jednego razu do kilku razy dziennie, choćby po kilka minut. W ciągu dnia znajdzie się wiele okazji, by kilka minut przeznaczyć na ćwiczenie. Nawet ćwicząc tylko raz dziennie 10 minut, wkrótce można zauważyć pozytywne efekty. Stopniowo czas pojedynczego ćwiczenia w naturalny sposób się wydłuża, wówczas można przeznaczyć na nie 20, 30 lub 40 minut rano. Co nie przeszkadza temu, by wykorzystywać także krótsze okazje w ciągu dnia. Przed snem można wykonać ćwiczenie w pozycji leżącej.

Feng Dianzhen - powróciła do zdrowia dzięki metodzie zhan zhuang.
Jej historia zostanie przedstawiona w publikacji
"Esencja qigong - metoda zhan zhuang".

Powrót do spisu treści


Yiquan

WYWIAD Z ANDRZEJEM KALISZEM
przeprowadzony poprzez internet (e-mail).

Tomasz Grycan - Kiedy po raz pierwszy zetknąłeś się z wschodnimi sztukami walki (kino, książka, znajomi)?

Andrzej Kalisz - Najwcześniejsze wspomnienie jakie jestem w stanie przywołać, to gdy miałem około 6 lat. Jako tako radziłem sobie z czytaniem i w jednym z numerów "Młodego Technika", ulubionej lektury mojego ojca, natknąłem się na artykuł o judo. Niewiele byłem w stanie zrozumieć, zwłaszcza że wywód dotyczył w dużej mierze praw mechaniki, ale utkwiły mi w pamięci fotografie panów w białych strojach, wykonujących widowiskowe rzuty, a także sformułowanie "ugiąć się by zwyciężyć". Później wielokrotnie wracałem do tego artykułu, z biegiem lat coraz więcej rozumiejąc. Coraz bardziej rosła we mnie chęć nauki judo. Niestety mieszkając w małej miejscowości nie miałem żadnej możliwości podjęcia treningów. Ale fascynacja nieustannie rosła. Każda scena w filmie w której pojawiały się elementy judo, jujitsu, czy karate wywoływała wypieki na mojej twarzy. Gdy byłem chyba w siódmej klasie szkoły podstawowej, od nauczyciela fizyki pożyczyłem angielski podręcznik karate i próbowałem go tłumaczyć przy pomocy skromnego słownika dołączonego do samouczka języka angielskiego. Z kolegami próbowaliśmy się bawić w karate na szkolnym korytarzu i na łące pod lasem.

T.G. - Jak to się stało, że zacząłeś je ćwiczyć (co to był za styl)?

A.K. -Pierwsze prawdziwe treningi to było judo, gdy rozpocząłem naukę w technikum w Głogowie. Niestety przygoda z judo trwała krótko. Późne treningi, długi dojazd i autentyczny szok, gdy w dzienniku zaczęły pojawiać się tróje, a zdarzyło się nawet raz czy dwa, że dwója z plusem. Było to dla mnie, w szkole podstawowej zawsze prymusa, ciężkie doświadczenie. W efekcie musiałem bardziej skoncentrować się na nauce szkolnej.

T.G. - Jak na twoje treningi zapatrywali się rodzice?

A.K. -Nie zachęcali mnie, ale i raczej nie mieli nic przeciw. Zaniepokoili się chyba dopiero później, gdy zauważyli, że traktuję to bardzo poważnie, zbyt poważnie ich zdaniem. No cóż, do dziś są tego zdania, a mnie nie pozostaje nic innego jak dać z siebie wszystko, by udowodnić, że wybrałem właściwą drogę.

T.G. - Co sądzisz o Bruce Lee i jego filmach? Czy miały na ciebie jakiś wpływ (np. "Wejście smoka")?

A.K. -O tak. Oczywiście to już było później, tak że nie od tego się wszystko zaczęło. Ale "Wejście smoka" zdecydowanie wpłynęło na podtrzymanie i wzrost mojego zainteresowania. Coraz bardziej interesowałem się Dalekim Wschodem, najpierw Japonią, a później Chinami.

T.G. - Jak przebiegała twoja droga poznawania wschodnich sztuk walki (co ćwiczyłeś i u kogo)? Kiedy zetknąłeś się z Kung Fu?

A.K. -Już wspomniałem o krótkim spotkaniu z judo. W czasach szkoły średniej zetknąłem się też z karate. Ale to jeszcze nie była systematyczna nauka. Większość treningów w Głogowie odbywała się o takiej porze, że po nich nie miałbym jak wrócić do domu. Przez pewien czas treningi kyokushinu odbywały się trochę wcześniej, więc miałem szansę brać w nich udział, ale później znów przeniesiono je na później i w inne miejsce, i moje treningi się urwały. W tym czasie głównie ćwiczyłem więc, że tak powiem, "chałupniczo" i niezbyt systematycznie. Dopiero od momentu gdy rozpocząłem studia w Warszawie w 1985 roku ćwiczę nieprzerwanie.

O istnieniu czegoś takiego, jak kung-fu dowiedziałem się, gdy na ekrany weszło "Wejście smoka". Krzysztof Kondratowicz coś napisał o kung-fu w swoim cyklu w "Żołnierzu Polskim", coś się pojawiło w "Gazecie Młodych", Janusz Szymankiewicz pisał w "Kurierze Polskim" o ile pamiętam. Wkrótce Butrym i Orlińska wydali "Tajemnice kung-fu" (o ile dobrze pamiętam tytuł). Były też jakieś pokazy w telewizji. Zaczęło mnie to interesować, ale wtedy nie było najmniejszej szansy, bym mógł ćwiczyć coś chińskiego. Szczytem moich marzeniem było, żeby zajęcia karate odbywały się wcześniej. Ale wtedy zacząłem dużo czytać nie tylko o Japonii, ale i o Chinach. Nieliczne wzmianki o taijiquan (t'ai chi ch'uan) zaczęły poruszać moją wyobraźnię. W okolicach trzeciej klasy technikum, zacząłem zastanawiać się nad wyborem kierunku studiów. Przejrzałem cały informator dla kandydatów na studia i wtedy po raz pierwszy dowiedziałem się, że na Uniwersytecie Warszawskim, w Instytucie Orientalistycznym Wydziału Neofilologii, istnieją takie specjalności jak sinologia i japonistyka. Myśl o zdawaniu tam rosła powoli. Początkowo nie byłem też pewien: sinologia, czy japonistyka? Wtedy do moich rąk trafiła książka Wang Peishenga o stylu Wu Taijiquan. To było to, co skierowało wtedy moje zainteresowania zdecydowanie ku taijiquan i Chinom. Wtedy już stało się to dla mnie pewną nierozdzielną całością. Tak więc wybrałem sinologię. Z tym, że w praktyce okazało się to nieco bardziej skomplikowane niż oczekiwałem. Otóż w tym czasie przyjęcia na sinologię odbywały się co dwa lata, a ja kończyłem technikum w roku w którym przyjęć nie było. Zanim zostałem studentem sinologii, rok spędziłem na mongolistyce.

Po przyjeździe do Warszawy chciałem od razu podjąć naukę "taj czi", ale niestety jak się okazało "taj czi" ćwiczono z reguły tylko jako element treningu systemów zewnętrznych. Usłyszałem, że w jednym z TKKF-ów ćwiczą "taj czi", więc się tam udałem. Prezes na pytanie o "taj czi" odpowiedział, że jest to tylko część "siał linu", służąca rozgrzewce. Gdy powiedziałem, że z tego co wiem "taj czi" to odrębna sztuka walki, wielce szacowny pan prezes raczył odrzec: "To gówno wiesz". Mimo tego "miłego" przyjęcia, któregoś dnia, pod nieobecność prezesa, zapisałem się do sekcji i byłem na kilku treningach. Jednak to nie było to. Ćwiczono tam changquan, a uproszczona forma taijiquan była traktowana tylko jako forma "rozgrzewki" na początku treningu i "rozluźnienia" na końcu.

W jednym z domów kultury istniała sekcja "taj czi". Jednak nawet tam nie zaglądałem. Gdy tylko opowiedziano mi co i jak tam ćwiczą, nawet to minimum wiedzy o taijiquan jakie wtedy miałem wystarczyło, by zorientować się, że to kompletne oszustwo.

Nie mogąc znaleźć "taj czi", zacząłem ćwiczyć aikido u Romana Hoffmana. Dopiero po miesiącu lub dwóch trafiłem do sekcji "taj czi", prowadzonej przez Staszka Filipowskiego (wywodzącego się, o ile dobrze pamiętam, z pierwszej grupy kung-fu w Warszawie, którą założył Łoziński), w której zacząłem ćwiczyć (chociaż jeszcze przez kilka miesięcy ćwiczyłem także aikido). Tam poznałem uproszczoną formę stylu Yang w 24 ruchach (tzw. forma pekińska) oraz pierwszą formę stylu Chen, w wersji Chen Fake. Poza tym ćwiczyliśmy tam elementy bagua, trochę szponów orła, pijanego człowieka i różnych rozmaitości. Staszek niewątpliwie był niesamowicie sprawny i uzdolniony ruchowo. Jednak ja szukałem autentycznego taijiquan.

Trafiłem na jakiś czas do Tomka Nowakowskiego, który nauczał stylu Yang. Trochę próbowałem też styli zewnętrznych u różnych instruktorów, ale to mi nie odpowiadało.

W 1986 roku byłem już studentem sinologii i spotykałem coraz więcej Chińczyków. Oczywiście każdego pytałem, czy zna taijiquan i niektórzy odpowiadali że tak. Starałem się uczyć u każdego z nich. Fakt, że żaden z nich nie był mistrzem. Ale zdarzali się tacy, którzy przynajmniej mieli trochę większą wiedzę od jakiegokolwiek Polaka w tym czasie. Jednak głównie ćwiczyłem wtedy z nimi tylko uproszczoną formę Yang - 24 ruchów. Rzadko udawało mi się spotkać kogoś, kto liznął trochę tui shou i wiedzy o zastosowaniu taijiquan w walce. Byłem raczej zaskoczony, że wiedza Chińczyków o taijiquan jest tak nikła i często fałszywa. Gdy na przyjęciu w chińskiej ambasadzie mówiłem, że szukam kogoś kto naucza taijiquan jako sztukę walki, reakcje były typu: "ależ taijiquan nie jest sztuką walki, przecież ćwiczy się powoli - tego nie da się zastosować w walce". Nie żartuję! W latach 90. wiedza przeciętnego Chińczyka na temat taijiquan trochę wzrosła, dzięki pokazom, czy zawodom tui shou, ale w latach 80. to jeszcze tak właśnie wyglądało. Nawet w Chinach ćwiczących autentyczny taijiquan była wtedy tylko garstka, a dla większości chińskiego społeczeństwa taijiquan to była tylko 24 ruchowa forma uproszczona (ershisi shi jianhua taijiquan), propagowana jako forma ćwiczeń dla zdrowia. Zresztą później w Chinach, gdy ćwiczyłem głównie styl Chen taijiquan i np. wykonywałem formę na terenie campusu uczelni, zdarzało mi się słyszeć komentarze przechodzących Chińczyków: "Ale głupi cudzoziemiec, nauczył się trochę taijiquan i pododawał jakieś szybkie ruchy. Ale idiota!".

Ale wracając jeszcze do Polski, przyjechał tu wtedy pewien mistrz, nauczający oprócz stylu w którym się specjalizował, także taijiquan. Wtedy jego taijiquan zrobił na mnie duże wrażenie. Jednak żaden z jego polskich uczniów nie prowadził odrębnej sekcji taijiquan, ja natomiast nie miałem zupełnie ochoty ćwiczyć tego, czego tam nauczano poza taijiquan. Być może gdyby nauczali wtedy taijiquan w odrębnej sekcji, zacząłbym tam ćwiczyć i moja dalsza droga potoczyłaby się inaczej. Byłem bowiem pod dużym wrażeniem. Patrząc jednak z obecnej perspektywy, cieszę się, że tak się nie stało. Myślę, że dzięki temu mogłem zajść znacznie dalej w rozumieniu systemów wewnętrznych.

T.G. - Jak trafiłeś do Chin?

A.K. -Po trzecim roku sinologii pojechałem tam na roczne stypendium. W sierpniu 1989 roku znalazłem się w Pekinie i rozpocząłem naukę na Beiwai'u (skrót od Beijing Waiguoyu Xueyuan - Pekiński Instytut Języków Obcych). W trakcie pobytu tam, uzyskałem zgodę Ministerstwa Edukacji Narodowej, a także strony chińskiej, na przedłużenie stypendium o dodatkowy rok. Tak że zaczęło się to od pobytu 2-letniego (z tym, że w czasie wakacji spędziłem kilka tygodni w Polsce). Następne wyjazdy były już tylko rzędu kilku tygodni, ale mam nadzieję, że za kilka lat uda mi się zorganizować kolejny dłuższy pobyt w Chinach.

Trening miecza taiji pod kierunkiem mistrza Zhou Yi

T.G. - U jakich chińskich nauczycieli się uczyłeś (uczysz się dalej)? Jak do nich trafiłeś?

A.K. -Jeden z moich lektorów języka chińskiego ćwiczył trochę taijiquan. Niewiele wprawdzie, ale okazało się, że zna osobiście takich mistrzów stylu Wu, jak Wu Tunan i Wang Peisheng. Jak już wspomniałem, wcześniej trafiła do moich rąk książka napisana właśnie przez Wang Peishenga, w której dodano także rozdział poświęcony Wu Tunanowi. Tak więc wiedziałem o kogo chodzi. Zwłaszcza Wu Tunan, wówczas ponad 100-letni mistrz, o którego wciąż niezwykłych umiejętnościach opowiadał mi mój lektor, stał się dla mnie, że tak powiem idolem, którego chciałem poznać. W sierpniu 1989 roku wreszcie znalazłem się w Pekinie. Niestety okazało się, że Wu Tunan zmarł w styczniu tego roku. Przeżył 104 lata. Trafiłem do Zhou Yi, jednego z uczniów Wu Tunana, który mieszkał na terenie campusu Pekińskiego Instytutu Języków Obcych, gdzie studiowałem. Uczyłem się u niego tylko przez kilka tygodni. Zhou Yi właśnie przygotowywał się do wyjazdu do Rosji i Szwajcarii, więc zacząłem rozglądać się za innym nauczycielem. Wspomniany Wang Peisheng (prezentujący styl Wu z innego przekazu, ale też pochodzący od Quan You) przyjeżdżał raz w tygodniu prowadzić zajęcia na Beiwai'u. Przez pewien czas nawet prowadził je w małym ogródku za akademikiem w którym mieszkałem, niemalże pod moim oknem. Jednak mnie bardziej od Wu pociągał styl Chen, którego zacząłem się uczyć w 1985 roku u Filipowskiego. Tak więc bardzo szybko skoncentrowałem się na Chenie. A ćwiczyłem go u wielu ludzi. Najsławniejsi (bezpośredni uczniowie legendarnego Chen Fake) to Lei Muni, Deng Jie i Feng Zhiqiang. Od tego ostatniego nauczyłem się najwięcej. Z reguły w weekendy jeździłem do niego, do odległego od mojej uczelni parku Tiantan, a w zwykłe dni ćwiczyłem z jego uczniami w pobliskim parku Zizhuyuan. W tym czasie Chen był tym co najbardziej mi odpowiadało, chociaż wciąż czułem, że to jeszcze nie to. Szczególnie mój stosunek do nauk Feng Zhiqianga był nieco ambiwalentny. Podziwiałem bowiem jego umiejętności w tui shou, ale jednocześnie nie byłem w stanie zaakceptować jego sposobu myślenia i teorii na których się opierał. Niestety ci, których sposób myślenia był bliższy mojemu nie prezentowali aż tak wspaniałych umiejętności.

Będąc w Chinach kupowałem oczywiście wszelkie możliwe książki i czasopisma o sztukach walki. W trakcie lektury odkryłem, że istnieje coś, co znane jest jako yiquan lub dachengquan. Okazało się, że koncepcje prezentowane przez przedstawicieli yiquan są zbieżne z moim własnym sposobem myślenia. Wciąż jednak byłem bardzo zaangażowany w naukę Chenu i nie myślałem o zmianie stylu. Jednak gdy spotkałem w parku Zizhuyuan ćwiczących yiquan pod kierunkiem pana Zhang, zacząłem się uczyć yiquan, obok Chenu. Wtedy jeszcze nie szukałem yiquanu na najwyższym poziomie, bo traktowałem go jako dodatek. Jeszcze po powrocie do Polski przez jakiś czas uważałem się przede wszystkim za ćwiczącego taijiquan i tylko dodatkowo yiquan. Jednak cały czas ćwiczyłem elementy yiquan i coraz więcej na ten temat czytałem. Stopniowo yiquan zaczął się wysuwać na pierwsze miejsce, a taijiquan usuwać się w cień. Im więcej wiedziałem o yiquan i większe efekty zauważałem dzięki stosowaniu jego metod treningowych, tym mniej uwagi poświęcałem taijiquan. Wreszcie całkowicie zrezygnowałem z taijiquan.

Starałem się dowiedzieć jak najwięcej o różnych odmianach i gałęziach przekazu yiquanu. Uczyłem się m.in. tzw. wersji zdrowotnej u uczniów Wang Yufang (córka twórcy yiquan, Wang Xiangzhai'a). Nie bezpośrednio od niej, ponieważ ona koncentruje się na zajęciach z osobami chorymi, naprawdę potrzebującymi pomocy. Uczyłem się też wersji bliższej nieco klasycznemu xingyiquan, niż typowy yiquan. Jednak to niezbyt mi odpowiadało. Stopniowo, w wyniku praktyki, lektury i przemyśleń doszedłem do wniosku, że wersja z przekazu Yao Zongxuna wydaje się być wierna naukom Wang Xiangzhai'a, a jednocześnie bardzo spójna, logiczna, przemawiająca do mnie jeśli chodzi o teorię i metody treningowe. Później ten mój wniosek uzyskał pełne potwierdzenie w trakcie nauki u syna Yao Zongxuna - mistrza Yao Chengguang.

T.G. - Dlaczego wybrałeś wewnętrzne style? Dlaczego Yiquan?

A.K. -No cóż, byłem dzieckiem otyłym i chorowitym. Miałem też skrzywienie kręgosłupa. Często bywałem zwolniony z WF-u, i w ogóle raczej wolałem czytać książki niż np. grać w piłkę. Chociaż stopniowo mój stan fizyczny się poprawiał i w końcu jako tako radziłem sobie także na treningach karate kyokushin, to jednak bardziej pociągały mnie style, których trening nie koncentruje się na narzucaniu maksymalnych wysiłków. Stąd chyba początek zainteresowania taijiquan. Oczywiście mówię tu o samym początku, bo później to była pewna ewolucja w trakcie poznawania taijiquan i yiquan. Stąd także chyba próba z aikido. Jednak aikido mimo pewnych podobieństw, to jednak coś innego. Nie była to moja droga. Bardziej pociągał mnie taijiquan. Nie bez znaczenia było też to, że bardziej interesowała mnie kultura Chin, a nie Japonii, więc taijiquan się tu jakby lepiej komponował z całością zainteresowań. Była to dla mnie pewna całość. Taijiquan, kultura Chin, taoizm, trochę buddyzm chan. I powstała wtedy dość sprecyzowana wizja tego co będę robił w przyszłości: chciałem zostać instruktorem taijiquan, zajmować się badaniami nad historią i teorią chińskich sztuk walki, szczególnie systemów wewnętrznych, tłumaczyć chińskie książki o taijiquan, systemach wewnętrznych i chińskich sztukach walki w ogóle, o qigong, chińskiej kulturze, filozofii itp. To był już okres, gdy Chiny się coraz bardziej otwierały. Miałem nadzieję, że stosunki zarówno gospodarcze jak i kulturalne między Polską i Chinami będą się dynamicznie rozwijać, a swoje miejsce widziałem właśnie jako tłumacz interesujących książek, instruktor, badacz i popularyzator. Taijiquan był w tej mojej wizji elementem większej całości. Od tego czasu w zasadzie nic się nie zmieniło. Wciąż, wbrew wszystkiemu i wbrew przejściowym zwątpieniom, mam te same nadzieje. Tyle tylko, że teraz zajmuję się yiquan, a nie taijiquan. Dlaczego? Dla mnie to był naturalny rozwój. Koncentrowałem się na nauce taijiquan, zarówno praktycznej - ucząc się u słynnych mistrzów, jak i studiach teoretycznych - czytając klasyczne traktaty i opracowania współczesne, starałem się jak najwięcej dowiedzieć o innych stylach wewnętrznych i zewnętrznych. Stopniowo rozwijało się moje rozumienie, czy moje spojrzenie na taijiquan i systemy wewnętrzne. I wtedy zaczęła się świadomość pewnych niekonsekwencji, niespójności i naiwności z punktu widzenia współczesnego stanu wiedzy. Zacząłem czuć się nie do końca wygodnie w taijiquan. I wtedy, w Chinach, zetknąłem się z yiquan. Wkrótce okazało się, że idee jego twórcy stanowiły rozwiązanie moich problemów. To nie było jednak nagłe przejście od taijiquan do yiquan. Zbyt fascynowała mnie "zewnętrzna forma", bym mógł się skupić na "wewnętrznej esencji" w takim stopniu jak wymaga nauka yiquan. Tak więc kontynuowałem naukę taijiquan, jednocześnie jednak zacząłem uczyć się yiquan. Stopniowo yiquan wciągał mnie coraz bardziej, aż w końcu doszło do tego, że w ćwiczeniu taijiquan nie widziałem już sensu. Po prostu w yiquan znalazłem to co mi odpowiada. To co mi odpowiadało w taijiquan, natomiast bez tego co mi tam nie odpowiadało. Ćwicząc i studiując yiquan, ciągle odkrywam coś nowego, ciekawego i mam poczucie satysfakcji. To takie niesamowite uczucie, gdy poznaję coś nowego, że to jest właśnie to najbardziej oczywiste rozwiązanie. Yiquan niezwykle odpowiada mojej mentalności, mojemu sposobowi myślenia.

T.G. - Czy Twoi chińscy nauczyciele łatwo zaakceptowali ucznia z zachodu?

A.K. -Czasem zdarzało się, że byłem traktowany lekceważąco. Czasem od razu spotykałem się z dużą przychylnością. Czasem traktowano mnie wyłącznie jak źródło dochodów. A czasem byłem poddawany próbom wytrwałości.

Generalnie sytuacja obecnie dość znacznie różni się od tej, gdy pierwszy raz znalazłem się w Chinach. Dziś prawie każdy chiński mistrz chętnie powita ucznia z Zachodu, o ile ten mu dostatecznie dużo zapłaci. Przy czym jakość nauczania nie musi mieć wiele wspólnego z wysokością zapłaty. W końcu lat 80. nastawienie było znacznie mniej komercyjne. Chociaż zdarzyło mi się trafić do mistrza, którego pazerna żona, nie odróżniając realiów polskich od amerykańskich zażądała ode mnie miesięcznej opłaty większej niż stypendium jakie otrzymywałem, ba, dwukrotnie większej od przeciętnej płacy w Polsce w tym czasie. Wtedy jednak częściej spotykało się mistrzów przy pierwszym kontakcie po prostu odrzucających cudzoziemca, jednak akceptujących go następnie, o ile nie rezygnował zbyt łatwo. Dziś jednak ważniejszy jest pieniądz.

W trakcie nauki też było różnie. Gdy trafiłem do Chin, już całkiem nieźle znałem język chiński, miałem jakąś teoretyczną wiedzę o Chinach wyniesioną ze studiów sinologicznych. Jednak brakowało mi jeszcze w gruncie rzeczy głębszej znajomości Chin i Chińczyków, które zdobywałem stopniowo. Prowadziło to do wielu nieporozumień i dziwnych sytuacji. Ale cóż, po prostu byłem wtedy na etapie szukania, trudno mi więc było się zadeklarować i zostać formalnym uczniem któregoś z mistrzów. Próbowałem różnych rzeczy, "skacząc z kwiatka na kwiatek" i starając się wydostać od każdego z nauczycieli więcej niż chciał dać. W ten sposób zarobiłem sobie niestety na opinię "kradnącego nauki".

Na podjęcie deklaracji przyszedł czas dopiero, gdy spotkałem Yao Chengguanga.

T.G. - Czy zakończyłeś już zatem swoje poszukiwania nauczycieli? Czy może zamierzasz jeszcze poznawać jakieś inne style? U kogo chciałbyś się jeszcze uczyć?

A.K. -Właściwie dopiero kilka lat temu znalazłem w końcu swojego nauczyciela, nauka u którego w takim stopniu spełnia moje oczekiwania. Jednocześnie widzę jak wiele jeszcze mogę się od niego nauczyć. Teraz rozpraszanie się i nauka czegoś innego byłaby pozbawiona sensu. Natomiast w pewnym momencie taka potrzeba przyjdzie. Yiquan nie polega na naśladowaniu mistrza, ale na twórczym rozwoju. Wang Xiangzhai zachęcał swoich uczniów, by jak najwięcej z sobą ćwiczyli, dyskutowali, porównywali to co robią i szukali lepszych rozwiązań, by czerpali także z kontaktów z innymi sztukami walki. Ja, gdy głębiej poznam to czego naucza mój mistrz Yao Chengguang, na pewno w pierwszej kolejności będę chciał bliżej poznać to czego nauczają inni czołowi przedstawiciele yiquan (np. Cui Ruibin) i wywodzącego się z yiquan - xinhuizhang. Chciałbym też trochę głębiej zapoznać się z różnymi tradycyjnymi odmianami xingyiquan/xinyiquan oraz baguazhang, żeby dzięki temu móc jeszcze lepiej zrozumieć yiquan. Może trochę wrócę do studiów nad taijiquan. Myślę, że warto byłoby też trochę poznać styl naturalny (ziranmen). I z pewnością wiele innych rzeczy. Oczywiście czas jest elementem nieco ograniczającym możliwość realizacji wszystkich zamierzeń. Kto się zbyt rozprasza raczej wiele nie osiągnie. Więc jak już powiedziałem, wreszcie dotarłem do źródła z którego jestem naprawdę zadowolony, więc byłoby głupotą, gdybym w tym momencie tracił czas na rzeczy, być może mające swoje zalety, ale jednak mniej mi odpowiadające. W tym momencie widzę jeszcze przed sobą lata intensywnej nauki pod kierunkiem Yao.

Oczywiście nawet gdy w przyszłości będę się uczył u innych mistrzów, to zgodnie z chińskimi zwyczajami, w wyniku złożonej deklaracji, pozostanę zawsze uczniem Yao Chengguanga.

Adepci zdrowotnej wersji yiquan - punkt konsultacyjny
Pekińskiego Towarzystwa Badawczego Qigong

T.G. - Co sądzisz o uczeniu się u kilku nauczycieli jednocześnie?

A.K. -To na pewno nie da się sprowadzić do alternatywy: jeden nauczyciel, czy kilku nauczycieli. Powiedziałbym raczej i jeden, i kilku. To zależy od etapu na którym się znajdujemy. Ja np. przeszedłem przez etap szukania nauczyciela taijiquan, a potem yiquan, gdy uczyłem się u wielu. W końcu trafiłem do Yao i dopiero wtedy stwierdziłem, że to jest to, że każdy krok który robię pod jego opieką prowadzi mnie w satysfakcjonującym kierunku. W tym momencie moim priorytetem jest jak najlepiej poznać jego nauki. Natomiast jest oczywiste, że opieranie się na naukach tylko i wyłącznie jednego nauczyciela jest ograniczające. Po prostu oznaczałoby to zakładanie sobie klapek na oczy. Zwracał na to uwagę już twórca yiquan Wang Xiangzhai. W pewnym momencie więc, gdy dobrze poznam nauki Yao, przyjdzie kolej na to, by zapoznać się z innymi punktami widzenia. Z mojego obecnego doświadczenia wynika, że nauki Yao odpowiadają mi o wiele bardziej niż innych mistrzów, ale to nie znaczy, że ci inni nie mają nic wartościowego. Zresztą to jest pewna reguła, znana w kręgach chińskich sztuk walki, żeby najpierw poznać dobrze jedno, a później z innych źródeł czerpać to co wzbogaca. Zresztą bardzo często wyglądało to i wygląda tak, że w pewnym momencie mistrz rekomenduje swojego ucznia innemu, by tam uzupełniał naukę, poznając inne podejście. W yiquan uważa się, że nauczyciel wprowadza ucznia na drogę, a od pewnego momentu uczeń powinien pójść dalej. Jak powiedział mi Yao Chengguang: "Dobry nauczyciel, to ten którego uczeń jest jeszcze lepszy". Natomiast należy tu zwrócić uwagę na pewną kwestię, a mianowicie uczenia się u kogoś, a bycia jego uczniem. Np. ja uczyłem się u różnych mistrzów taijiquan i yiquan, wciąż szukając. Dopiero gdy trafiłem do Yao, zdecydowałem się oficjalnie zadeklarować, że chcę być jego uczniem. To tworzy zupełnie inną sytuację. To znaczy, przede wszystkim daje mi to możliwość naprawdę dogłębnego poznania nauk Yao, ale i zobowiązuje do lojalności - przede wszystkim wspierania go w nauczaniu yiquan i rozwoju jego szkoły, a także do występowania przed innymi mistrzami jako jego uczeń. Innymi słowy, nie mogę w tym momencie po prostu zrezygnować z nauki u Yao, a zamiast tego zostać uczniem innego mistrza. To się nie mieści w etyce chińskich sztuk walki. Dawniej kogoś takiego okaleczano lub nawet zabijano. Dziś takiego osobnika po prostu nie uważa się za kogoś, kogo warto uczyć. Nawet jeśli jakiś mistrz kogoś takiego uczy, to stara się wyciągnąć z niego jak najwięcej kasy, a nauczyć jak najmniej. Innymi słowy, gdy będę pobierał nauki u innych mistrzów, to na statusie ucznia mistrza Yao. Mówię o tym, by uświadomić Czytelnikom pewne przyjęte w Chinach zasady, których nieprzestrzeganie może narazić na utratę możliwości prawdziwej nauki.

T.G. - A co myślisz o ćwiczeniu kilku styli równocześnie?

A.K. -Ćwiczenie kilku styli na równorzędnych zasadach nie jest moim zdaniem zbyt sensowne. W ten sposób ćwiczący w niczym nie jest dobry. Inaczej sytuacja wygląda, gdy koncentruje się na jednym, a inne traktuje uzupełniająco. Wtedy może to mieć sens. Tu mówię z pewnego dystansu, o typowych stylach. Jeśli chodzi o yiquan, to przede wszystkim nie traktujemy go jako styl, ale jako pewną będącą w rozwoju naukę o sztuce walki. Z natury rzeczy trudno zatem yiquan traktować jako coś równorzędnego z typowymi stylami. Jeśli ktoś np. mówi: uprawiam aikido, wing chun i yiquan, traktując je jako trzy style, to jego yiquan nie ma wiele wspólnego z tym co robimy. Może wykorzystywać pewne metody treningowe yiquan, ale brakuje w tym podejścia yiquan. Natomiast można zajmować się yiquan, a jednocześnie poznawać inne systemy i czerpać z nich to co yiquan może wzbogacić. Przy czym nie chodzi tu o "wybranie najlepszych technik z innych systemów". Z założenia chodzi raczej o pewną weryfikację i modyfikację koncepcji i metod treningowych w wyniku kontaktu z innymi systemami.

T.G. - Porozumiewasz się ze swoim nauczycielem po chińsku. Czy uważasz, że znajomość chińskiego dla studiujących style wewnętrzne jest ważna?

A.K. -Tak, uważam, że ludzie naprawdę zainteresowani nauką systemów wewnętrznych powinni uczyć się chińskiego, zarówno współczesnego, jak i klasycznego. Bez tego porozumienie z nauczycielem moim zdaniem nie będzie dostateczne. Jest też problem z klasycznymi traktatami. Czytanie tłumaczenia z tłumaczenia, jak to się u nas odbywa, to po prostu zabawa w głuchy telefon. Nie twierdzę, że wszyscy ćwiczący muszą uczyć się chińskiego, jednak ci bardzo poważnie zainteresowani nauką, a szczególnie czołówka instruktorów, zdecydowanie tak.

T.G. - Jak byś ocenił polskie Nei Jia (wewnętrzne style), to czego uczą polscy nauczyciele?

A.K. -Generalnie style wewnętrzne do niedawna były w gruncie rzeczy niemal nieznane poza Chinami, a i w Chinach ćwiczone tylko w małych, często nieoficjalnych, a w okresie rewolucji kulturalnej "podziemnych" grupach. Dopiero lata 80. i 90. to okres ich popularyzacji w Chinach. Poza Chinami najpopularniejszy jest taijiquan, ale osoby siedzące w temacie doskonale wiedzą, jak niewiele popularne "taj czi" ma wspólnego z autentycznym taijiquan. Również na Zachodzie dopiero w ostatnich latach sytuacja zaczyna się zmieniać. Bagua i xingyi dopiero teraz zaczynają zdobywać sobie popularność np. w USA. Dopiero teraz w świadomości szerszych rzesz zaczyna powoli świtać co to takiego te style wewnętrzne. Że mimo nieco innego niż typowe podejścia do treningu są to autentyczne sztuki walki, a nie po prostu "gimnastyka relaksacyjna", czy magiczna sztuka posługiwania się "mocami kosmosu".

Polska natomiast wciąż pozostaje nieco w tyle. Dopiero niedawno zaczęły się kontakty z autentycznymi ekspertami. W stylu Chen taijiquan jest to Chen Xiaowang. Również Jan Silberstoff jest w tym co robi bardzo kompetentny. Oczywiście jest yiquan i kontakt z Yao Chengguangiem. Poza tym możliwość nauki w Polsce autentycznych systemów wewnętrznych, z najlepszych linii przekazu, jest bardzo ograniczona. Jednak w Chinach przebywa obecnie kilku Polaków uczących się systemów wewnętrznych u autentycznych mistrzów. Jeśli zdecydują się w przyszłości wrócić do Polski, będzie szansa na wzbogacenie wewnętrznego kung-fu w naszym kraju i podniesienie jego poziomu.

T.G. - Czym różni się trening w Chinach od tego w Polsce?

A.K. -Przede wszystkim w Chinach bardzo rzadko spotykałem się z czymś co w Polsce wydaje się tak oczywiste, że inne opcje są niemal nie do pomyślenia, a mianowicie z treningiem w sali. Oczywiście jeśli ktoś dysponuje salą, to z niej korzysta, zwłaszcza w wypadku niepogody. Natomiast generalnie wynajmowanie sali, nawet gdy kogoś na to stać, uważane jest zwykle za zbędny i nieuzasadniony wydatek. Tak więc nawet ci najwięksi, najsłynniejsi mistrzowie zwykle prowadzą zajęcia na powietrzu. Spotykałem się u nas czasem z pogardliwymi opiniami o "parkowym kung-fu". Prawdą jest, że większość ćwiczących w parkach nie prezentuje wysokiego poziomu, ale opinia, że jest podział na kung-fu "parkowe", o niskim poziomie i dobre - "pozaparkowe" jest pozbawiona podstaw. Wprawdzie w tłumie ćwiczących w parkach, trudno wypatrzyć kogoś dobrego, ale jednak można tam spotkać największych mistrzów tradycyjnego kung-fu, także szefów organizacji poszczególnych styli. U Feng Zhiqianga uczyłem się w weekendy w parku Tiantan. W tym samym parku w weekendy bywał Deng Jie i wielu innych znanych przedstawicieli stylu Chen taijiquan. Lei Muni działał w parku Yuetan. Słynny Wu Tunan nauczał w parku Zizhuyuan. W tymże parku można było spotkać także dość znanego Shi Minga. Zhou Yi nauczał na betonowym placyku na terenie campusu Beiwai'u. Wang Peisheng, który przyjeżdżał na Beiwai raz w tygodniu uczył w małym ogródku pomiędzy dwoma akademikami. Wang Yufang też zwykła nauczać na powietrzu, na terenie Pałacu Kultury Ludu Pracującego. Yao Chengguang naucza w parku Nanguan, a jego brat Yao Chengrong na dziedzińcu świątyni Baidasi. Podobnie wielu innych znanych mistrzów. Często wystarczy placyk koło domu, lub wręcz chodnik przy ulicy, by odbyła się lekcja pod okiem jednego z najsłynniejszych mistrzów. Oczywiście tutaj mówię o mistrzach autentycznego kung-fu/wushu, zwanego chuantong wushu (tradycyjne wushu) lub minjian wushu (wushu wśród ludu). Trochę inaczej jest z tzw. xiandai wushu (nowoczesne wushu) lub jingsai wushu (sportowe wushu), ale ono pozostaje poza obszarem moich zainteresowań.

Następna kwestia to strój. Oczywiście na pokazach i uroczystościach przedstawiciele jednej szkoły występują w jednolitych, odświętnych strojach. Jednak normalnie ćwiczy się zależnie od pogody, w krótkich spodenkach lub w dresie lub w jakimkolwiek luźnym stroju. Zdarza się widzieć biznesmenów, którzy po pracy przychodzą na trening i czasem tylko zdejmują krawat. Jeśli jest ciepło, to może jeszcze marynarkę, albo i koszulę. Tak to po prostu wygląda. Jednolite stroje, równe rzędy i ściśle określony ceremoniał, to coś co się wprawdzie czasem spotyka, ale w gruncie rzeczy jest to wyjątek, nie reguła.

Przyzwyczajonym do treningów sztuk walki w Polsce, zajęcia w Chinach mogą się wydać nieco "niezorganizowane". Zamiast równych rzędów ludzi ubranych w jednolite stroje, tutaj każdy ubrany jest inaczej i często bywa tak, że i ćwiczy w danym momencie coś innego niż inni. Czasem nauczyciel demonstruje lub objaśnia coś wszystkim lub części uczniów, i wtedy widać grupę ćwiczących to samo, lub w grupie ćwiczących różne rzeczy pojawia się podgrupa ćwiczących to samo. Atmosfera bywa dość luźna. Rzadko zdarza się ćwiczenie na komendę. Narzucanie dyscypliny ćwiczeń niekoniecznie musi należeć do nauczyciela. Nauczyciel zwykle obserwuje uczniów, i traktuje ich w zależności od tego jak się przykładają do nauki i treningu. Jeśli ktoś się obija, to nauczyciel nie traktuje go poważnie, a więc ktoś taki wiele się nie nauczy.

Oczywiście proszę nie traktować tego co powiedziałem jako jakiegoś jedynego wzorca treningu w Chinach. Mówię tu tylko, o pewnym podejściu, z którym jednak najczęściej się spotykałem. Nie znaczy to, że nie istnieją inne. Zwracam też uwagę, że mówię o minjian wushu, czyli mówiąc inaczej: o autentycznym kung-fu, a nie o tym co się robi państwowych instytutach.

Podniosłem tutaj akurat te kwestie, ponieważ wiąże się to z pewnym problemem. Wiele osób próbuje oceniać wartość tego co jest w danej szkole nauczane na podstawie kryteriów zupełnie nieistotnych. Na przykład, czy szkoła ma własną salę - najlepiej z dużym szyldem, czy wszyscy mają jednolite mundurki i chodzą na komendę, czy reklamy szkoły są dostatecznie duże i kolorowe itp. Dzięki temu nastawieniu powstają szkoły, w których instruktor nie ma o kung-fu najmniejszego pojęcia, natomiast potrafi stwarzać pozory fałszywie pojmowanego profesjonalizmu.

Jeśli natomiast chodzi o samą istotę treningu w Chinach, to też może to wyglądać różnie. Zależy to od poziomu jaki prezentuje dany instruktor, ale także od tego, kogo uczy. Być może będzie to nadmierne generalizowanie, ale bardzo często jest tak, że ucznia którego nie traktuje się poważnie uczy się form, natomiast tego, którego nauczyciel naprawdę chce czegoś nauczyć uczy rzeczy, które laikowi mogą się wydać mniej atrakcyjne i mniej ważne, czyli ćwiczeń określanych jako jibengong (ćwiczenia podstawowe). Jednak to ci, w których treningu nacisk był kładziony na te mało efektowne ćwiczenia osiągają później znacznie wyższy poziom.

T.G. - Co to jest tradycyjna szkoła Kung Fu?

A.K. -Poglądy na temat tradycji w Kung-fu/wushu są różne. Jednak przytoczę tu najczęściej stosowaną obecnie w Chinach klasyfikację. Otóż mówi się zwykle o jingsai wushu (wushu sportowe) lub xiandai wushu (wushu nowoczesne) oraz o chuantong wushu (wushu tradycyjne) lub inaczej minjian wushu (wushu wśród ludu). Jingsai wushu to popularne konkurencje standaryzowanych form sportowych (taolu) i sanda. Chuantong wushu lub minjian wushu, to to co ćwiczą normalni ludzie, to czego nauczają mistrzowie spoza państwowych instytutów. Pojęcia chuantong wushu lub minjian wushu odpowiadają pojęciu kung-fu używanemu na Zachodzie. Pomińmy wushu sportowe. Gdy mówimy o tzw. wushu tradycyjnym, to w jego obrębie też można spotkać bardzo różne podejścia do tradycji. Jednak pogląd jakoby tradycja polegała na tym, że nic się nie zmienia i wszystko pozostaje tak, jak to 100, 200 czy 300 lat temu ustalił mistrz-założyciel jest zupełnie nieuzasadniony. To jest mit, traktowany przez wielu zachodnich adeptów kung-fu/wushu zbyt poważnie. Dokładniejsze zapoznanie się z historią jakiejkolwiek chińskiej sztuki walki pozwala uzmysłowić sobie, że jej rozwój był niezwykle burzliwy. Nieustannie następowały zmiany i każdy z uczniów danego mistrza rozwijał system w nieco innym kierunku i jego własny system zmieniał się z czasem. To samo można zaobserwować, gdy chodzi o nauki największych współcześnie żyjących mistrzów. Oni się po prostu wciąż rozwijają! Znajomość tak prostych faktów nie pozwala patrzeć na tradycję w kung-fu/wushu jako coś skostniałego.

Ja zajmuję się yiquan, systemem stosunkowo młodym, jako że pojawił się on pod tą nazwą niecałe 80 lat temu. Ideą jego twórcy i jego następców było wydobycie i zachowanie tego co wartościowe , a odrzucenie tego co bezużyteczne i błędne. Jak powiedział Wang Xiangzhai: "Nie ma granicy w rozwoju sztuki walki".

Dla mnie osobiście istotny jest rozwój, doskonalenie, bardzo dokładne poznanie tradycji, ale nie trzymanie się kurczowo przestarzałych wzorców. Dlatego m.in. tak odpowiada mi nauka yiquan.

Od lewej: Harry Prest (USA), Kubo Isato (Japonia),
mistrz Yao Chengguang, Andrzej Kalisz,
Karel Koskuba (Wielka Brytania)

T.G. - Co sądzisz o stopniach (kolorowych pasach) w Kung Fu? Czy starzy chińscy nauczyciele je stosują? Czy istnieją stopnie w Yiquan?

A.K. -Oczywiście system stopni, poza systemem stopni w hierarchii urzędniczo-wojskowej nie był w Chinach stosowany. Nie był on potrzebny, gdy ćwiczono w kręgu rodziny, lub gdy mistrz miał stosunkowo nieliczne grono uczniów. Dopóki jakaś sztuka walki ćwiczona jest w małych kręgach, wystarcza tradycyjny system oparty na hierarchii rodzinnej. Jednak nie sprawdza się on gdy przechodzi się do masowej popularyzacji standaryzowanej wersji jakiegoś systemu. Dopiero wówczas pojawia się potrzeba wykorzystania systemu stopni. Generalnie wydaje się, że chińscy mistrzowie są temu systemowi niezbyt przychylni. Jednak zaczęto go w Chinach wprowadzać odgórnie, i teraz jest już tylko kwestią czasu, kiedy zostanie powszechnie przyjęty.

Ponieważ u nas mało kto wie jeszcze o tym chińskim systemie stopni, przedstawię go pokrótce. W odróżnieniu od systemu japońskiego, nie ma podziału na stopnie kyu i dan. W sumie stopni jest 9, od 1 duan do 9 duan (duan zapisuje się tym samym znakiem, co japońskie dan). Oznaczane są okrągłymi naszywkami, kolejno: seledynowy, srebrny i złoty orzeł (1-3 duan), seledynowy, srebrny i złoty tygrys (4-6 duan) i seledynowy, srebrny i złoty smok (7-9 duan).

Ponieważ system ten ma stać się powszechnym w Chinach, również w kręgu yiquan od pewnego czasu prowadzone są dyskusje na temat określenia wymagań na poszczególne stopnie. Nie są to na pewno dyskusje łatwe. Zwłaszcza, że przyjęcie wspólnych zasad wymaga standaryzacji nauczania, a yiquan z założenia opiera się na indywidualnym rozwoju pod kierunkiem nauczyciela. Każdy z nauczycieli prezentuje nieco inne podejście.

T.G. - Co myślisz o zawodach w Nei Jia np.: Tai Chi Chuan ("pchających dłoniach")? Czy coś takiego występuje też w Yiquan?

A.K. -Generalnie nie jestem przeciwny zawodom. Jednak dla mnie współzawodnictwo sportowe powinno być co najwyżej pewnym elementem sztuki walki. Jeśli nacisk kładziony jest na współzawodnictwo sportowe, to utracone zostaje zbyt wiele z tego, co dla mnie w sztuce walki istotne. Dlatego tzw. jingsai wushu, które wkrótce zostanie dyscypliną olimpijską, nie jest dla mnie godne najmniejszej uwagi. Yiquan nie był nigdy traktowany jako sport. Jednak już od lat 20. XX wieku uczniowie Wang Xiangzhai'a startowali w zawodach chińskich sztuk walki, a także zachodniego boksu. Gdy w Chinach zaczęto organizować zawody sanda, startowali w nich też przedstawiciele yiquan. Jeden z nich - Peng Zhendi był mistrzem Chin. Mój nauczyciel Yao Chengguang został niestety dożywotnio zdyskwalifikowany, mimo że nie zrobił niczego, co nie było dozwolone regulaminem. Został uznany za zbyt niebezpiecznego, by startować w zawodach. Do regulaminu natomiast wprowadzono po tym wydarzeniu zakaz uderzania seriami na głowę. Od tamtej pory przedstawiciele yiquanu mniej chętnie brali udział w zawodach, ale się to zdarzało. W 1999 roku kilku zdobyło medale na Pierwszych Mistrzostwach Chin w Tradycyjnym Wushu, w konkurencji leitai, którą rozgrywano na platformie znajdującej się nad wodą.

W 1998 roku zorganizowano zawody yiquan w san shou, jednak zewnętrzny wpływ na kształt regulaminu był tak duży, że chwilowo organizowanie podobnych zawodów zawieszono. Natomiast obecnie pracuje się nad dopracowaniem regulaminu yiquan w tui shou. Pierwsze zawody odbyły się w 2000 roku, a kolejne prawdopodobnie odbędą się w marcu 2002.

T.G. - Co sądzisz o uczeniu się z książek lub kaset video?

A.K. -Nauka tylko z książek i video nie ma zbyt wiele sensu. Natomiast materiały takie mogą stanowić pewną pomoc, zwłaszcza w przypadku osób, które nie mają możliwości regularnego kontaktu z nauczycielem, uczestnicząc tylko np. w organizowanych co jakiś czas seminariach. Chociaż jest to o wiele trudniejsze, niż gdy ma się ciągły kontakt z nauczycielem, to przy pewnym zapale, zaangażowaniu i minimum zdolności możliwe są postępy. Książki i kasety video mogą się wówczas okazać bardzo przydatne.

Poza tym, style wewnętrzne to nie tylko trening, to także mnóstwo teorii. Lektura książek i studia teoretyczne są moim zdaniem niezbędne każdemu poważnemu adeptowi. Oczywiście nie należy teoretyzować zanadto. Po prostu teoria jest tu ściśle powiązana z praktyką. Bez praktyki pod kierunkiem mistrza, samo czytanie teorii prowadzić może do spekulacji i wyobrażeń niewiele mających wspólnego z tym o co w danym systemie chodzi.

T.G. - Jak jest z udziałem kobiet w poznawaniu Yiquan? Czy zauważyłeś aby nauczyciele stosowali jakiś specjalny rodzaj treningu dla nich? Na przykład inne rodzaje medytacji, ćwiczeń (wizualizacji) prowadzenia "Chi" itp.. Czy w czasie treningów rozróżnia się sposób wykonania jakiś "form" ze względu na płeć?

A.K. -Jeśli chodzi o podstawowe metody treningowe, to nie ma tu żadnych różnic. Natomiast kobiety często ograniczają się tylko do tych metod podstawowych, unikając bardziej zaawansowanego treningu "bojowego". Ale nie ma tu ścisłej granicy między kobietami, a mężczyznami. Po prostu wśród mężczyzn ćwiczących yiquan większy procent jest zainteresowanych nauką walki, w tym kontaktowymi sparingami, natomiast wśród kobiet mniejszy. Koncentrują się one częściej na treningu "zdrowotnym", czasem ćwicząc tui shou i inne mniej wymagające formy sparingu. Podobnie stosunkowo mało kobiet uprawia np. boks.

T.G. - Co sądzisz o nauce form z bronią (np. miecz, szabla czy halabarda) w dzisiejszych czasach? Przecież w realnym życiu, na współczesnych ulicach, nikt nie będzie ich używać. Czy warto poświęcać wiele lat, na opanowanie całego arsenału broni, wchodzącego w skład wielu tradycyjnych styli Kung Fu? Czy w Yiquan ćwiczy się z bronią?

A.K. -Samoobrona na ulicy to tylko jeden z elementów sztuki walki. Istotny moim zdaniem. Mówię istotny nie w tym sensie, że nie da się wyjść na ulicę, żeby nie zostać napadniętym i dlatego koniecznie trzeba uczyć się samoobrony. Chodzi mi o to, że sztuka walki, to sztuka walki. Jeśli zmienia się w balet, tracąc skuteczność, to przestaje być sztuką walki w moim rozumieniu. Jednak skuteczność to jeszcze nie wszystko. Gra na fortepianie też nie jest przydatna w samoobronie na ulicy. Ale czy to powód, żeby rezygnować z gry na fortepianie, gdy komuś to sprawia przyjemność?

Jeśli zaś chodzi o yiquan, to tu akurat do treningu z bronią nie przywiązuje się dużej wagi. Wang Xiangzhai mawiał: "Broń jest tylko przedłużeniem ciała". W zasadzie wykorzystuje się tylko kij. Przy czym istotniejsze jest wykorzystanie kija do doskonalenia sprężystego posługiwania się siłą (jin) niż nauka walki nim.

Ja osobiście nie widzę nic złego w tym, że ktoś ćwiczy z wieloma rodzajami mało dziś przydatnej broni, jeśli mu to sprawia przyjemność. Natomiast w yiquan, myślę że można tak powiedzieć, koncentrujemy się raczej na wyżynach jakości, niż na nauce wielu różnych rzeczy.

T.G. - Dla większości ludzi na zachodzie istnienie energii wewnętrznej "Chi" jest niemożliwe. Nawet ćwiczący przez wiele lat różne wewnętrzne style, mają wątpliwości czy to co czują to "Chi". Brak wykwalifikowanych nauczycieli, którzy mogliby to zweryfikować, sprawia, że uczeń bardzo wiele rzeczy musi przyjąć "na wiarę". Jak Ty przekonałeś się o istnieniu "Chi"?

A.K. -Qi to pojęcie z zupełnie odrębnego od naszego systemu nauki. To w gruncie rzeczy cały system teorii dotyczących dość różnych dziedzin. Pojęcie to ukształtowane zostało w określonym układzie, i tylko w tym układzie ma pewien sens. Traci ono ten sens poza właściwym kontekstem. Prosta próba przeniesienia pojęcia qi do nowego układu (system nauki zachodniej) jest skazana na porażkę. U nas po prostu znajomość zagadnienia jest nikła. Stąd mylenie kontekstów użycia pojęcia qi nawet wewnątrz układu klasycznej nauki chińskiej i stąd nieudolne próby włączenia we własny, wykształcony w tym miejscu i w tej epoce system pojęć, naiwnego wyobrażenia o qi.

Zastanówmy się przez chwilę na przykład nad pojęciem "energia". Co porusza samochód? Energia. Idziemy do galerii, oglądamy obraz i mówimy, że emanuje z niego pewna energia. Czy ta energia nadaje się do napędzania samochodu z silnikiem spalinowym?

Oczywiście qi to jest pewien problem. Niektórzy stwierdzają po prostu: "qi nie istnieje, qigong nie działa, w taijiquan też mówią o qi, a więc taijiquan nie ma wartości". Inni z kolei mówią: "Wierzę w qi. Starożytni Chińczycy byli największymi mędrcami wszechczasów, a nauka zachodnia jest bez sensu". Moim zdaniem, żadne z tych stanowisk nie jest rozsądne.

Yiquan powstał w Chinach, został stworzony przez Chińczyka na bazie klasycznego systemu wewnętrznego xingyiquan. Jednak niewątpliwie impulsem przyczyniającym się do powstania i rozwoju tego systemu był kontakt z kulturą i nauką zachodnią, czego efektem był pewien krytycyzm wobec tradycyjnej spuścizny. Yiquan powstał więc tam gdzie spotkał się Wschód i Zachód. Dokonano weryfikacji i udoskonalenia koncepcji i metod. I oczywiście cały czas się to odbywa, bo założeniem quanxue (nauka o sztuce walki - tak Wang Xiangzhai nazywał yiquan w późniejszych latach) jest, że "nie ma granicy w rozwoju sztuki walki". Sam Wang Xiangzhai pojęciem qi posługiwał się tylko we wczesnym okresie, gdy napisał "Właściwą ścieżkę Yiquan". Natomiast w późniejszej, reprezentatywnej dla dojrzałego yiquan/dachengquan "Centralnej osi drogi pięści" (znanej też jako "Teoria dachengquan") zupełnie nie używał tego pojęcia. Po prostu wytworzony został nowy system koncepcji i metod, łatwiej zrozumiałych i dających się interpretować z punktu widzenia zachodniej nauki. Założenie było takie, by nie utracić walorów tradycyjnych systemów, a osiągnąć te same, a nawet lepsze rezultaty. Innymi słowy, uważamy, że w pewnym zakresie, konkretnie chodzi tu o związek między umysłem i ciałem i to co stanowi motyw przewodni systemów wewnętrznych, czyli nei jin (siła wewnętrzna), nie ma potrzeby odwoływania się do pojęcia qi. Posługiwanie się tu pojęciem qi utrudnia bowiem zrozumienie sztuki walki i postępy w niej. Być może niektórzy uprawiający systemy wewnętrzne nie zgodzą się z tym, ale tak właśnie uważam, i takie jest stanowisko większości przedstawicieli yiquan. To właśnie był jeden z istotnych elementów, które przyciągnęły mnie do yiquan. W yiquan udaje się osiągnąć ten typ siły i jej świadomości - nei jin, jak w klasycznych systemach wewnętrznych, bez użycia sprowadzających wielu adeptów na manowce teorii, które uważamy za przestarzałe.

T.G. - A co sądzisz o próbach udowodnienia istnienia energii "chi" na gruncie zachodniej nauki?

A.K. -To jak niektórzy do tego podchodzą, to totalne nieporozumienie. To coś jakby próbować udowodnić, że energia istnieje. Pojęcie qi, w najbardziej ogólnym sensie jest równie, a może jeszcze bardziej ogólne od pojęcia energii. Po prostu jest to najbardziej podstawowe pojęcie w chińskiej wizji świata. To jest coś tego rzędu, jak "jednolita teoria wszystkiego", choć nie wiemy jak będzie ona wyglądała, jeśli w ogóle zostanie sformułowana. Natomiast my poza ogólnym pojęciem energii, mamy też pojęcia bardziej szczegółowe, pojęcia określonych rodzajów energii, nie tylko w znaczeniu fizycznym, ale np. energii czy siły oddziaływania artystycznego. Podobnie pojęciem qi posługują się Chińczycy, w różnych dziedzinach i aspektach nadając mu różny sens. Oczywiście w Chinach prowadzone są badania np. nad wai qi (zewnętrzne qi). Chodzi tu o tzw. emisję qi na zewnątrz, np. za pomocą rąk, czyli coś w rodzaju naszej rodzimej bioenergoterapii. I rzeczywiście okazuje się, że pewne rzeczy dają się zmierzyć: promieniowanie podczerwone, emisja elektronów itp. W oparciu o wyniki tych badań w Chinach nawet zbudowano urządzenia które naśladują określonych mistrzów qigong. Niektóre z tych urządzeń mają nawet przełączniki, pozwalające w zależności od potrzeb "przełączać się" między różnymi mistrzami, których oddziaływanie ma różne właściwości. No i mamy dowód. Już wiemy, że qi to po prostu promieniowanie podczerwone i emisja elektronów i budujemy aparat, który emituje qi. Tak, ale jest to tylko pewien aspekt pojęcia qi. Załóżmy, że podczas tych badań odkryto, że emitowany jest także jakiś inny, nowy rodzaj energii. Znów mamy dowód istnienia qi. No tak, to skoro ten nowy rodzaj energii to qi, to promieniowanie podczerwone i elektrony to nie było qi. Ale przecież badania wykazały, że urządzenia zbudowane w oparciu o poprzednią teorię działały, dając dokładnie takie same efekty terapeutyczne, jak mistrzowie qigong "emitujący qi". No to może jednak ta nowo odkryta energia, to nie qi, tylko jeszcze inna energia. A może qi to i to i to. A może coś jeszcze? A może ta inna energia jednak nie istnieje. A więc mamy promieniowanie podczerwone i elektrony.

No dobrze, a jak to się ma do takiego objaśnienia Yang Chengfu, który mówił że gdy ręka jest bardzo zgięta, to jest słabsza, bo qi gorzej przez nią płynie, a gdy jest mniej zgięta to jest silniejsza, bo qi może przepływać swobodnie. Co tu ma do rzeczy promieniowanie podczerwone?

Zróbmy taką próbę: staję, z ręką ugiętą w łokciu, łokieć znajduje się koło moich żeber, a dłoń na wysokości szyi. Ktoś naciska mój nadgarstek od przodu, nie pozwalając mi wyprostować ręki. Próbuję ją wyprostować, ale jest trudno tego dokonać. Teraz prostuję nieco łokieć, wysuwając łokieć i dłoń do przodu. Gdy teraz ktoś naciska mój nadgarstek od przodu, łatwiej mi się przeciwstawić. Dlaczego? Przeanalizowanie układów kości i stawów pozwoli stwierdzić, że zastosowanie tu znajduje znane z lekcji fizyki w szkole podstawowej zasady dźwigni i rozkładania sił. A qi? Dlaczego Yang Chengfu wyjaśniał to lepszym lub gorszym przepływem qi? No cóż, Yang Chengfu po prostu nie znał elementarnej fizyki, a więc musiał się odwoływać do pojęć które znał. Jednak proszę pomyśleć: Robimy taki eksperyment. Pada pytanie, jaki jest mechanizm zjawiska, które obserwujemy. Ja tłumaczę je zasadami mechaniki. Ktoś natomiast zaczyna opowiadać, że w pierwszym wypadku ugięcie łokcia nie pozwala swobodnie przepływać qi, a w drugim qi lepiej płynie. Którą odpowiedź jest wartościowsza? W yiquan uważamy, że pierwsza. Druga natomiast kieruje myślenie adepta stylu wewnętrznego na manowce. Jak ma się to do dowodu na istnienie qi? A może qi to zasada dźwigni i sił składowych? No ale w takim wypadku jak to się przekłada na leczenie? Widzimy, że są to jakby różne rzeczy. Innymi słowy, chciałem po prostu uzmysłowić Czytelnikom, że podejście typu: "czy qi istnieje" jest absurdalne. Podobnie wyobrażenie, że nagle pojawi się dowód na istnienie nowego rodzaju energii i wszystkie chińskie teorie zostaną od razu wyjaśnione. Tradycyjna nauka chińska nie jest czymś absolutnie doskonałym, tak jak i nauka zachodnia nie jest doskonała i skończona. Dla nas podstawowym punktem odniesienia jest nauka zachodnia. Dla współczesnych Chińczyków w gruncie rzeczy też. Połączenie różnych podejść daje nowe, ciekawe rezultaty. Ale obecnie jedyną, że tak powiem, platformą podstawową pozostaje nauka zachodnia. Raczej nie uda się nikomu pozbyć wiedzy, którą nabył w ciągu swojego życia i nagle przestawić się na widzenie świata Chińczyka sprzed wieków. Tak więc na klasyczną naukę chińską nie da się patrzeć inaczej niż z punktu widzenia współczesnej nauki. Zdając sobie sprawę z pewnej nieprzystawalności do siebie pojęć klasycznej nauki chińskiej i naszego systemu wiedzy, a także trochę lepiej orientując się w użyciu pojęcia qi przez Chińczyków, widzimy, że mówienie o udowodnieniu istnienia qi, jako jakiegoś ściśle określonego rodzaju energii w rozumieniu nauki zachodniej jest pozbawione większego sensu. To co możemy robić, to badać zjawiska, które Chińczycy odkryli i dawniej tłumaczyli korzystając z pojęcia qi, i na nowo je interpretować. W zakresie istotnym dla wewnętrznych sztuki walki, nową interpretację od kilkudziesięciu lat proponuje yiquan. Udoskonalona interpretacja teoretyczna zdążyła tu już znacznie wpłynąć na stosowane metody treningowe. Podobne próby powoli pojawiają się też w środowiskach innych systemów. Oczywiście nie ma to ścisłego związku z innymi dziedzinami, gdzie pojęcie qi używane jest w innych kontekstach.

T.G. - Czytając różne historie z życia mistrzów Nei Jia, nawet tych z początków naszego wieku, pełno jest w nich opisów o niesamowitych umiejętnościach wykorzystania "Chi". Wyższości w konfrontacji styli "miękkich" nad "twardymi". Dlaczego dzisiaj jest tak trudno spotkać kogoś o takich umiejętnościach?

A.K. -Przede wszystkim nie zauważyłem w oryginalnych wersjach takich opisów mowy o "wykorzystaniu qi". Myślę, że sformułowanie "wykorzystanie qi" pochodzi raczej od ludzi którzy nie znają dobrze systemów wewnętrznych i w związku z tym dopowiadają sobie, że pewne rzeczy możliwe są tylko dzięki "kosmicznej energii".

Natomiast dlaczego trudno spotkać dziś ludzi z systemów wewnętrznych, którzy prezentują podobne umiejętności?

Po pierwsze: gdzie chcielibyśmy ich spotkać? Do dziś pokutuje u nas śmieszny pogląd, że wielcy mistrzowie masowo emigrowali z Chin. Tymczasem pomówmy o faktach. Skąd i dokąd emigrowali? Dawna emigracja wywodziła się niemal wyłącznie z wybrzeża, i to tylko południowego. Praktycznie nie było emigracji z prowincji północnych i z wewnątrz lądu. Chińczycy w krajach Azji południowo-wchodniej pochodzą głównie z prowincji Guangdong i Fujian. W USA to już niemal wyłącznie prowincja Guangdong. To właśnie powód dlaczego niektóre style, stamtąd się wywodzące, stały się tak popularne na Zachodzie, podczas gdy inne są wciąż niemal nieznane. Akurat xingyiquan, baguazhang, czy taijiquan w tych południowych prowincjach do niedawna w zasadzie nie było.

Mit mówi, że wielcy mistrzowie uciekli przed komunistami do Hongkongu i na Tajwan. Ilu? Ilu w proporcji do ogółu ludzi którzy uciekli i do tych którzy zostali? Do Hongkongu? Stosunkowo łatwo było tam dotrzeć komuś z Guangzhou (Kanton) i okolic. Ale z innych części Chin? W dodatku po wpuszczeniu pewnej liczby ludzi bogatych, Brytyjczycy zaczęli dokładnie pilnować granicy i wszystkich uchodźców odsyłać z powrotem.

Na Tajwan? Fakt, uciekło tam o ile dobrze pamiętam około 2 milionów ludzi, związanych z nacjonalistyczną partią Guomindang (Kuomintang) i jej armią - urzędnicy, oficerowie, ich rodziny. No i grupka mistrzów sztuk walki, z Centralnego Instytutu Guoshu w Nankinie. Dlaczego mistrzowie chińskich sztuk walki z całych Chin mieliby masowo uciekać razem z Czang Kai-shekiem (Jiang Jieshi)? Wbrew wymuszonej przez układ sił w drugiej połowie XX wieku zachodniej mitologii, to nie był aniołek. To był człowiek, którego Hitler rozpatrywał jako głównego sojusznika w Azji, zanim zdecydował się jednak na Japończyków jako aktualnie silniejszych i lepiej zorganizowanych. Na Tajwanie do niedawna panował totalitarny reżim, a demokratyzacja to kwestia dopiero ostatnich lat. Ostatnio miałem okazję oglądać (i tłumaczyć) tajwańskie dokumenty dotyczące odszkodowań dla ofiar reżimu na Tajwanie w latach 70. Guomindang Jiang Jieshi wcale nie był szczególnie kochany przez Chińczyków. Dlaczego z nagła większość mistrzów miałaby go polubić i podążyć na Tajwan?

Mit mówi, że mistrzowie uciekali bo bali się komunistów. Dlaczego mieliby się bać? Bo komuniści odbierali fabryki i ziemię bogaczom? No cóż, wśród mistrzów sztuk walki raczej nie było wielu posiadaczy ziemskich i właścicieli fabryk. Zupełnie nie mieli więc powodów do obaw. Raczej oczekiwali poprawy. Zwłaszcza, że z odezw Mao Zedonga wynikało, że sztuki walki będą popierane. Dopiero później okazało się, że w praktyce wyglądało to trochę inaczej. Jednak wtedy było już zbyt późno na emigrację.

Systemy wewnętrzne - taijiquan, xingyiquan, baguazhang uprawiane były głównie w północnych Chinach. Taijiquan to jak wiadomo Chenjiagou i Zhaobao w prowincji Henan (ta w której leży klasztor Shaolin). Później Yang Luchan i Wu Yuxiang spopularyzowali go w prowincji Hebei (ta która otacza Pekin) i w Pekinie. Na południu zaczęto go nauczać później, a ponieważ była to już popularyzacja na bardzo szeroką skalę, wiązało się to z obniżeniem jakości przekazu. Xingyiquan to przede wszystkim trzy północne prowincje - Hebei i Henan, wspomniane przy okazji taijiquan oraz Shanxi (na zachód od dwóch poprzednich). Baguazhang to już niemal wyłącznie Pekin, bo tutaj nauczał Dong Haichuan. Nie było stąd większej emigracji, trudno więc się dziwić, że poza Chinami trudno spotkać przedstawicieli tych systemów prezentujących wysoki poziom.

Sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero w latach 80. i 90., gdy coraz więcej cudzoziemców zaczęło jeździć do Chin, a mistrzowie z Chin zaczęli nauczać zagranicą. Nastąpiła też nowa emigracja, jednak dość ograniczona liczebnie. W większości przypadków emigracji np. do USA są to po prostu młodzi ludzie, którzy jadą na studia, a później zostają. Niektórzy przed wyjazdem z kraju zaczynają się w pośpiechu uczyć różnych form, by przed naiwnymi cudzoziemcami pozować na "wielkich mistrzów". Oczywiście są też nieliczni autentyczni mistrzowie, którzy wyemigrowali w ostatnich latach. Przykładem jest Chen Xiaowang.

Natomiast w Chinach przez lata popularyzowane